Sławny chiński strateg, Mistrz Sun, uczył, że od nas samych zależy tylko to, czy nie ulegniemy przeciwnikowi – to, czy zdołamy go pokonać, zależy od niego. Tę samą zasadę głoszą znane mi podręczniki marketingu politycznego: wyborów się nie wygrywa, wybory się przegrywa – jeśli rządzący nie popełnia błędów i rządzeni są z niego zadowoleni, to opozycja nie przekona wyborców, by wymienili dobre na lepsze.
Proponowałbym już teraz zastanowić się, pod takim właśnie kątem, nad perspektywami prącej do władzy koalicji KO, Trzeciej Drogi i Lewicy, sił politycznych, z których każda też przecież jest koalicją – w pierwszym wypadku aż dziewięciu partii i ruchów. Truizmem będzie stwierdzenie, że wszystkich tych podmiotów nie łączyło nigdy nic poza plemienną nienawiścią do PiS i jego wyborców oraz chęcią uzyskania razem arytmetycznej przewagi nad Zjednoczoną Prawicą. Do powszechnie znanych faktów należy też to, że między połączonymi taktycznym sojuszem ugrupowaniami istnieją różnice w sprawach zasadniczych i fundamentalnych dla ich aktywistów oraz partyjnych elektoratów.
Weźmy choćby odmienny stosunek do kwestii obyczajowych PSL i Lewicy – pierwsze publiczne połajanki i deklaracje każdej ze stron „nie ustąpimy ani kroku” zaczęły się między nimi już nazajutrz po przeliczeniu głosów. A sprawa, mówiąc hasłowo, akceptacji dla aborcji nie jest ani jedyną, ani najistotniejszą z takich różnic.
Spróbujmy spojrzeć pod tym kątem w przyszłość: na jakie wewnętrzne konflikty skazany jest szykujący się do objęcia władzy anty-PiS, jakie błędy może popełnić, czym rozczarować i zrazić do siebie wyborców i ile czasu może mu to zająć.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.