Ambasador Tom Rose jest na prostej drodze do zapisania się w historii podobnie jak jego niebezpośrednia poprzedniczka Georgette Mosbacher: jako dyplomata wyjątkowo bezceremonialnie i otwarcie mieszający się w wewnętrzne sprawy Polski. Na pytanie o przyczyny takiego stanu rzeczy jako odpowiedź wyjątkowo dobrze pasuje w tym wypadku fraza: bo może. Lub też: bo mogą – Amerykanie. Wyjaśnienie nie byłoby jednak pełne bez dalszego ciągu: bo do tego ich przyzwyczailiśmy od lat.
Ślady amerykańskiego wpływu są obecne w polskiej polityce w zasadzie od początku lat 90., ważne były w fazie negocjacji wejścia do NATO, a bardzo wyraźne są od początku lat 2000., a więc od chwili, gdy podjęliśmy brzemienne w skutki decyzje, dotyczące uczestniczenia w operacji najpierw afgańskiej (2001), a potem irackiej (2003). Ta druga – wypada przypomnieć – była z punktu widzenia prawa międzynarodowego nielegalna – prowadzono ją nie tylko bez międzynarodowego mandatu, lecz także na podstawie faktycznie zmyślonych informacji CIA o rzekomo ogromnych zasobach broni chemicznej, którymi miał dysponować Bagdad. Decyzję o wzięciu udziału w rozpoczętej drugiej wojnie w Zatoce Perskiej podejmował rząd Leszka Millera.
Ten, odpowiadając w wywiadzie na kanale Super Ring na moje pytanie o motywacje włączenia się w tamtą operację, mówił: "Wtedy zarysował się wyraźny podział w NATO i w Unii Europejskiej. Jeden blok to byli Amerykanie, Brytyjczycy, Włosi, Duńczycy i tak dalej, a drugi – Niemcy i Francuzi razem z Rosjanami, chociaż Rosjanie nie bezpośrednio. Myśmy musieli zdecydować – czy tu, czy tu. Ja miałem bardzo mocne naciski ze strony Francuzów i Niemców, ale byłem pewny, że nasze miejsce jest po stronie Amerykanów i Brytyjczyków. To było dla mnie oczywiste".
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
