To pierwsza podróż Trumpa do Chin od 2017 roku i pierwsze bezpośrednie spotkanie obu przywódców od ponad sześciu miesięcy. Poprzednim razem widzieli się pod koniec października 2025 roku w Busanie, gdzie ogłoszono taktyczny rozejm w wojnie handlowej. Wtedy Chiny miały wznowić zakupy amerykańskiej soi i wstrzymać na rok ograniczenia eksportowe dotyczące pierwiastków ziem rzadkich, a USA obniżyć taryfy o 10 procent. Trump mówił wówczas, że obniża taryfy z 57 do 47 procent, wiążąc to z chińskimi działaniami wobec fentanylu.
W Pekinie na stole ma leżeć to, co zwykle jest najłatwiejsze do „dowiezienia” wciągu dwóch dni, czyli konkrety gospodarcze, plus to, co najtrudniejsze do rozbrojenia, czyli Tajwan, Iran, sztuczna inteligencja i wątek nuklearny. Według amerykańskich urzędników obie strony spodziewają się ogłoszenia planów utworzenia mechanizmów w rodzaju „Izby Handlowej” (Board of Trade) i „Izby Inwestycyjnej” (Board of Investment) oraz forum inwestycyjnego, które mają porządkować współpracę handlową i inwestycyjną. Równolegle Pekin może ogłosić zakupy amerykańskich towarów, od lotnictwa po rolnictwo i energię.
Zakupy i jeszcze raz zakupy
Diabeł jak zawsze tkwi w szczegółach, bo właśnie one pokazują, jak bardzo „handel” stał się elementem strategii bezpieczeństwa obu państw. W przygotowaniach mówi się o pakiecie zakupów: amerykańskim drobiu, wołowiny i innych uprawach niż soja, a także o deklaracji zakupu 25 mln ton soi rocznie przez trzy kolejne lata. USA wprost wyrażają swoje oczekiwanie, by Chiny kupowały amerykański węgiel, ropę i gaz. Nad tym wszystkim unosi się Boeing. Pekin od dawna negocjuje umowę, która według źródeł branżowych mogłaby obejmować około 500 samolotów 737 MAX oraz dziesiątki maszyn szerokokadłubowych. Były analityk CIA Dennis Wilder mówił, że taki kontrakt „czeka na podpis”, a przez lata blokowały go napięcia polityczne i amerykańskie groźby ograniczania dostępu do kluczowych części.
Drugim filarem ma być przedłużenie rozejmu, który pozwala utrzymać przepływ pierwiastków ziem rzadkich z Chin do USA. Amerykańscy urzędnicy mówią, że porozumienie nadal obowiązuje, a ewentualne przedłużenie ma zostać ogłoszone „w odpowiednim czasie”, choć niekoniecznie podczas samego szczytu. To ważne, bo ziemie rzadkie są dziś nie tyle surowcem, co dźwignią: przydają się w motoryzacji, lotnictwie i uzbrojeniu, a więc w sektorach, gdzie nikt nie lubi być zależny od jednego dostawcy.
Nieprzypadkowo jeszcze przed Pekinem ma dojść do rozmów „technicznych”. Chiński wicepremier He Lifeng 12 maja poleciał do Korei Południowej na negocjacje handlowe z amerykańskimi przedstawicielami. To wygląda jak dogrywanie listy tematów i zapisów, które liderzy potem mogą tylko potwierdzić. Biały Dom zaprosił też okrojoną delegację prezesów firm, która ma towarzyszyć Trumpowi.
Sankcje i dochodzenia
Równolegle obie stolice budują sobie narzędzia nacisku, jakby zakładały, że nawet najlepsze zdjęcie z uściskiem dłoni może nie wystarczyć. Waszyngton w marcu rozpoczął dochodzenia dotyczące m.in. nadmiernych mocy produkcyjnych w Chinach i użycia pracy przymusowej. W kwietniu amerykański resort skarbu nałożył sankcje na rafinerię w Chinach za zakup irańskiej ropy i sygnalizował możliwość „wtórnych sankcji” wobec chińskich banków, jeśli miałyby ułatwiać podobny handel. Pekin odpowiada własną architekturą odwetu: premier Li Qiang podpisał w kwietniu dwa nowe przepisy, które dają władzom szerokie uprawnienia do badania działań zagranicznych firm, rządów i osób próbujących przenosić łańcuchy dostaw poza Chiny, co w praktyce może stać się mechanizmem retorsji wobec zachodnich sankcji.
Nie da się pominąć Iranu
Do tego dochodzi Iran, czyli temat, który wpycha się do rozmów nawet wtedy, gdy obie strony wolą mówić o taryfach i samolotach. Sekretarz skarbu Scott Bessent zapowiadał, że wojna z Iranem będzie omawiana przez prezydentów i wprost wzywał Chiny, by „dołączyły” do działań na rzecz otwarcia cieśniny Ormuz dla żeglugi. Pekin miał działać zakulisowo, by skłonić Iran do rozmów pokojowych z USA w Pakistanie, ale analitycy podkreślają, że Chiny nie chcą wyglądać na wykonawcę amerykańskiej woli. W tym samym czasie irański minister spraw zagranicznych Abbas Araqchi był w Pekinie i miał informować Wang Yi o rozmowach z USA.
W tej układance pojawia się kolejna warstwa napięć: amerykańskie sankcje „za Iran” oraz odpowiedź Pekinu. W poniedziałek 11 maja chińskie MSZ publicznie sprzeciwiło się sankcjom USA na trzy firmy z Chin, które według Waszyngtonu miały wspierać irańskie operacje wojskowe. Rzecznik Guo Jiakun nazwał te działania „nielegalnymi” i „jednostronnymi” i zapowiedział ochronę praw chińskich przedsiębiorstw. To temat, który bardzo łatwo przesiąka do rozmów na szczycie, bo dotyka wprost pytania o to, czy Chiny pomagają Iranowi tylko gospodarczo, czy również wojskowo i technologicznie.
Jaka jest cena za Tajwan?
Najtrudniejszym tematem pozostaje Tajwan, czyli punkt, w którym jedna emocjonalna uwaga Trumpa może wywołać burzę. Wang Yi w rozmowie telefonicznej z sekretarzem stanu Marco Rubio określał kwestię Tajwanu jako „największy punkt zapalny” w relacjach. W tle są sygnały, że Pekin prywatnie naciska na zmianę amerykańskiej retoryki: z formuły „nie popieramy” niepodległości Tajwanu na „sprzeciwiamy się” niepodległości. Wydaje się to kosmetyką, ale właśnie takie „zmiany” potrafią w Pekinie zostać uznane za test determinacji USA.
Tajpej patrzy na to nerwowo. Minister spraw zagranicznych Tajwanu Lin Chia-lung mówił 11 maja, że wyspa jest pewna stabilnego rozwoju relacji z USA, ale liczy, że po rozmowach Trumpa z Xi nie będzie „niespodzianek” w sprawach tajwańskich. Lin dodał też, że Amerykanie są konsekwentni w tym, co chcą omawiać, jak handel i fentanyl, podczas gdy Chiny wciąż „podnoszą” temat Tajwanu. W tle pojawił się zgrzyt, który Pekin skrupulatnie odnotował: tajwański parlament, kontrolowany przez opozycję, przyjął mniejszy budżet na obronność niż oczekiwał tego rząd. Dodatkowo parlament wykreślił część wydatków na systemy krajowej produkcji, jak pociski przeciwlotnicze i drony. USA publicznie wyraziły rozczarowanie z powodu tego faktu, a premier Cho Jung-tai zapowiadał działania, by odbudować zaufanie do tajwańskiej polityki obronnej.
AI jako ryzyko konfliktu
Do rozmów doklei się też technologia, zwłaszcza sztuczna inteligencja. Trump mówił 4 maja, że podczas spotkania z Xi chce przypomnieć, iż USA „prowadzą” w rywalizacji o AI. Z kolei jego doradcy przekazują, że Waszyngton coraz bardziej obawia się zaawansowanych chińskich modeli i chce stworzyć kanał komunikacji, który ograniczy ryzyko konfliktów wynikających z użycia AI. To wątek świeży i jednocześnie niebezpiecznie niedookreślony. Dziś obie strony chcą rozmawiać o „bezpiecznym AI”, ale nikt nie chce odsłonić własnych kart.
Jest też wątek nuklearny, od lat nierozwiązany. USA od dawna chciałyby rozmów o kontroli zbrojeń, ale według amerykańskich urzędników Chiny mówią, że „na tym etapie” nie są zainteresowane rozmowami o jakiejkolwiek kontroli ich arsenału. To temat, który zwykle kończy się w komunikatach jednym zdaniem o „dialogu strategicznym”, ale w praktyce jest barometrem zaufania, którego obecnie brakuje.
Prywatne interesy Trumpa
Równolegle w USA rośnie presja polityczna, by Trump niczego „nie oddał” Chinom w newralgicznych sektorach. Amerykańska branża motoryzacyjna, związki, hutnicy i ustawodawcy z obu partii zasypują Biały Dom jednym przekazem: nie otwierać drzwi dla chińskich aut i chińskich marek w salonach. To reakcja na styczniową wypowiedź Trumpa, że byłoby „świetnie”, gdyby chińscy producenci budowali fabryki w USA. Na Kapitolu pojawiły się projekty ustaw mających utrwalić zakazy związane z danymi i tzw. pojazdami podłączonymi, a listy do prezydenta podpisały dziesiątki kongresmenów. USTR Jamieson Greer mówił, że auta nie są na agendzie pekińskiego szczytu, ale sama skala lobbingu pokazuje, że Trump jedzie do Chin z własną agendą polityki wewnętrznej ukrytą w bagażu podręcznym.
Pozostaje do omówienia jeszcze jedna, bardzo konkretna warstwa rozmów: losy obywateli. W poniedziałek 11 maja amerykańskie media pisały o apelu rodzin dwojga obywateli amerykańskich więzionych w Chinach od ponad dekady. Są nimi: Dawn Michelle Hunt i Nelsona Wellsa Jr. Ich bliscy twierdzą, że zostali wciągnięci w tzw. „blind mule scam”, czyli sytuację, gdy ktoś nieświadomie przewozi narkotyki. Rodziny proszą Trumpa, by poruszył sprawę osobiście, argumentując m.in. pogarszającym się stanem zdrowia obojga więźniów. Równolegle widać, że kanał antynarkotykowy, choć napięty, potrafi działać ponad podziałami. Chińskie i amerykańskie służby zatrzymały w kwietniu pięć osób w ramach wspólnej operacji, a Chiny poinformowały o zabezpieczeniu m.in. protonitazenu i bromazolamu. Te drobne fakty są ważne, bo pokazują, że nawet w okresie tarć da się utrzymać współpracę tam, gdzie obie strony widzą bezpośredni interes.
Nikt nie oczekuje rewolucji
Wszystko to razem tworzy obraz wizyty, która posiada wiele punktów zapalnych i mało przestrzeni na cud. Analitycy i menedżerowie nie oczekują „wielkich przełomów”, raczej drobnych sukcesów, jak przedłużenie rozejmu handlowego, konkretne zakupy czy uruchomienie nowych formatów rozmów gospodarczych. A jednak stawka jest wyższa niż suma tych technicznych punktów. Bo jeśli w Pekinie ma się coś naprawdę wydarzyć, to nie w postaci „wielkiej ugody”, tylko w postaci przyjętych zasad: jak daleko wolno naciskać w sprawie Iranu, jakiego języka używać wobec Tajwanu, jak zabezpieczyć łańcuchy dostaw i gdzie nakreślić granice, zanim rywalizacja zacznie wyglądać jak przygotowanie do konfliktu.
W środę Trump ląduje, w czwartek i piątek rozmawia. A reszta świata będzie patrzeć nie tylko na to, co podpiszą, lecz także na to, czego nie powiedzą wprost, ale zasugerują gestem, słowem i kolejnością podjętych tematów. W relacji USA z Chinami czasem to właśnie okazuje się najbardziej istotnym komunikatem.
Czytaj też:
Bezprecedensowy skandal w USA. Burmistrz okazała się chińską agentką
