Szok, zaskoczenie, a potem nerwowe odreagowanie zmiany sytuacji poprzez wyzwiska i insynuacje. Tak w skrócie można przedstawić reakcje członków ekipy Donalda Tuska na opuszczenie Węgier przez Zbigniewa Ziobrę, a także – jak się zdaje – Marcina Romanowskiego. Ten kolejny epizod w długiej już historii walki obozu Koalicji Obywatelskiej z byłymi przedstawicielami rządu PiS znów jak w soczewce pokazuje konstytutywne cechy Koalicji 13 grudnia i tkwiące w przyjmowanym modus operandi przyczynach nieskuteczności obecnej władzy.
Jak grom z jasnego nieba
Członkowie rządu Donalda Tuska zdawali się być pewni, że wystarczy jedynie poczekać na objęcie władzy przez nowego premiera Węgier Pétera Magyara, a ich przyjaciel z Budapesztu poda im ściganych polityków „na tacy”.
Ekipę platformersów mogła upewnić w tym wypowiedź Pétera Magyara, który 13 kwietnia, pytany podczas konferencji prasowej o przyszłość azylantów, stwierdził: „Węgry nie będą azylem dla międzynarodowych przestępców. Jeśli Ziobro i Romanowski nie mają nic na sumieniu, to radziłbym, aby spokojnie wracali do domu”.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
