Gdyby ordynacja była tam taka jak w Polsce, ta antyimigracyjna partia miałaby większość w Landtagu, czyli parlamencie kraju związkowego. A tak zabrakło jej 3 mandatów. To skądinąd dziwna sytuacja, bo zawsze w exit pollach i sondażach partie antysystemowe są niedoszacowane, a tym razem wstępne wyniki na poziomie 44 do 44,5 proc. w ciągu nocy spadły do 43,8 proc. i Alternatywie dla Niemiec zabrakło nieco do bezwzględnej większości.
I tak jednak wynik ten jest trzęsieniem ziemi na niemieckiej scenie politycznej. Wstrząsem przewidywanym, bo polityczne sejsmografy wskazywały na to wiele tygodni przed wyborami – ale jednak wstrząsem.
Poza fenomenalnym wynikiem – aczkolwiek zapewne niereprezentatywnym dla całych Niemiec, bo to mały land i do tego położony we wschodnich Niemczech, bardzo podatnych na wpływy radykalnej prawicy – ważne jest też poczucie, że coś się nad Renem i Szprewą zmienia. Rezultat tych wyborów będzie zapewne dużym krokiem do zburzenia tego, co w Polsce i Francji nazywamy „kordonem sanitarnym”, a w Niemczech określane jest jako „zapora ogniowa” wobec AfD. Bez tej partii po prostu nie sposób będzie rządzić w niektórych landach, a zapewne także na szczeblu federalnym.
Bardzo nerwowa reakcja premiera Polski na ten wynik wynika zapewne także z faktu, że prawdziwą klęskę poniosła siostrzana partia partii pana premiera w ramach Europejskiej Partii Ludowej, czyli CDU. Uzyskanie ponad dwa razy mniej głosów niż poprzednio to swoisty rekord na skalę UE...
Wybory te, choć przeprowadzone w niewielkim kraju związkowym, a nie w skali ogólnokrajowej, były uważnie obserwowane w całej Europie i można się spodziewać, że ośmielą wyborców Marine Le Pen we Francji czy generała Roberto Vannacciego we Włoszech. Być może też będą zachętą dla wszelkich partii antysystemowych. Także lewicowych, bo przecież z analizy wyników elekcji w Saksonii-Anhalt wynika, że AfD „pożywiła się” nie tylko elektoratem formalnie centroprawicowej CDU, ale także skrajnie lewicowej Die Linke...
