"Wejdą, nie wejdą”. Ta pozornie frywolna piosenka popularna była w czasie karnawału Solidarności w latach 1980–1981, gdy Polacy głowili się, czy Breżniew wyśle swoje czołgi w celu stłumienia kontrrewolucji. Dziś tę samą piosenkę nucić sobie można w kontekście dywagacji, czy Donald Tusk wprowadzi przy pomocy policyjnej pałki Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego.
Może nastąpi to, gdy ten tekst będzie szedł do druku, może za dwa dni, może za tydzień, a może po 20 września, gdy prezydent Karol Nawrocki pojedzie do USA. Ale sam fakt, że o możliwości przejęcia Trybunału większość mediów rozważa jak o czymś zupełnie normalnym, pokazuje, jak lider Koalicji Obywatelskiej narzucił nam swoje nowe patologiczne standardy.
Na razie swoistym poligonem nowej fazy we wprowadzeniu „demokracji walczącej” jest blokada Akademii Wymiaru Sprawiedliwości. Spór, który – co na pewno zwróci uwagę Tuska – nie przyciągnął zbyt wielu demonstrantów spoza kręgu Klubów „Gazety Polskiej”, żeby zrealizować taktykę obecnego premiera i spróbować zrozumieć, dlaczego Tuskowi udaje się wszystkich w Polsce do takich patologii przyzwyczaić. Świata, w którym kandydat na nowego rektora Akademii Wymiaru Sprawiedliwości zajmuje swój gabinet poprzez dziurę wykutą w ścianie.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
