Standardowa obiekcja przeciwników prywatyzacji i komercjalizacji w służbie zdrowia brzmi zawsze tak samo: na ludzkim nieszczęściu nie można zarabiać. Bohaterowie doniesień medialnych z ostatnich miesięcy udowadniają jednak, że jak najbardziej można. Na dodatek publiczny system opieki medycznej, który w swoim oficjalnym nazewnictwie tak ściśle przestrzega rozróżnienia między medycyną komercyjną oraz niekomercyjnymi świadczeniami „na fundusz”, właśnie drugi z tych obszarów przekształcił w prawdziwy róg finansowej obfitości, oferujący bajeczne wręcz poziomy wynagrodzeń.
Publiczny system opieki zdrowotnej z monopolistycznym Narodowym Funduszem Zdrowia istnieje rzekomo po to, aby zapewnić dostęp do usług medycznych najbiedniejszym. Afera Szpitala Południowego po raz pierwszy na tak dużą skalę pozwoliła Polakom zobaczyć, że faktycznym beneficjentem całej struktury są przede wszystkim lekarze. To, co funkcjonowało dotąd w umysłach ogółu społeczeństwa na poziomie domysłów, plotek i prywatnych obserwacji, zyskało wreszcie odzwierciedlenie w niekończącej się litanii nadużyć, o których zaczęły mówić wiodące media. Przed opinią publiczną zdemaskowana została tym samym nieznająca żadnego umiaru kasta, której latami udawało się uniknąć konfrontacji z niewygodnymi faktami.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
