Chorzy na raka zmuszeni do płacenia na fundację. Szokujące wyniki kontroli NFZ

Chorzy na raka zmuszeni do płacenia na fundację. Szokujące wyniki kontroli NFZ

Dodano: 
Szpital, zdjęcie ilustracyjne
Szpital, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Unsplash
Przy wykryciu raka trzustki każdy dzień ma znaczenie. W  rządowym Państwowym Instytucie Medycznym byli jednak równi i równiejsi. Jeżeli pacjent wpłacił "dobrowolnie" kilkadziesiąt tysięcy zł na fundację działającą przy szpitalu, mógł liczyć na specjalne traktowanie.

Media opisały niepokojące praktyki, do których dochodziło w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA. Chorzy na raka trzustki, by otrzymać nowoczesne leczenie, musieli wpłacić po kilkadziesiąt tysięcy złotych w ramach darowizn na działającą przy szpitalu fundację.

Już w zeszłym roku dziennikarze Wirtualnej Polski i Rynku Zdrowia alarmowali w tej sprawie. Z relacji pacjentów wynikało, że byli przymuszani przez prof. Marka Durlika do wpłacania środków na fundację, jeśli chcieli być zoperowani robotem da Vinci. To robot chirurgiczny, który umożliwia precyzyjne zabiegi operacyjne metodą małoinwazyjną. Durlik był wówczas szefem jednej ze szpitalnych klinik oraz przewodniczącym rady naukowej instytutu.

Ci, którzy nie zapłacili, byli najczęściej operowani w klasyczny sposób, dający gorsze efekty terapii. Chodziło głównie o pacjentów walczących z rakiem trzustki – to jeden z najgroźniejszych nowotworów.

97 proc. chorych na raka przyjętych poza kolejką

Narodowy Fundusz Zdrowia przeprowadził kontrolę w palcówce, a do jej wyników dotarł portal Zero. "Nieoficjalnie w NFZ usłyszeliśmy, że skala nieprawidłowości zszokowała nawet doświadczonych kontrolerów; przypadki, gdy w publicznym szpitalu niemal każdy pacjent wchodzi »bokiem« właściwie się nie zdarzają" – czytamy.

NFZ sprawdzało okres od 1 stycznia 2022 r. do 31 marca 2025 r. Z analizy wszyło, że patologiczne praktyki dotyczyły 2178 spośród 2244 przeanalizowanych sytuacji pacjentów kliniki. Łącznie było to ponad 97,1 proc.

"Pacjenci, którzy nie dokonywali wpłat, nie mieli dostępu do przejrzystej, obiektywnej, opartej na kryteriach medycznych, procedury ustalającej kolejność dostępu do tych świadczeń" – ocenia NFZ.

Błyskawiczne terminy, operacje z robotem. Wszystko dla bogatszych

Procedura wyglądała w ten sposób, że podczas rozmowy w gabinecie prof. Dulika trzeba było zapłacić 1150 zł (650 zł za wstępną kwalifikację i 500 zł za samą wizytę), a wtedy lekarz umawiał termin przyjęcia do szpitala. Następnie – jeżeli pacjent chciał mieć operację wykonaną za pomocą specjalnego robota – pojawiała się kwestia kolejnych wpłat, tym razem sięgających już około 20 tys. zł.

Operacja z wykorzystanie robota jest droższa, ale zgodnie z prawem szpital nie ma prawa domagać się od pacjentów jakiejkolwiek zapłaty. Jeżeli ktoś nie chciał płacić, to nie mógł być pewien, że jego operację przeprowadzi prof. Dulik, który jest jednym z najlepszych specjalistów w kraju, ani nie mógł liczyć na błyskawiczne wyznaczenie terminu.

Prof. Durlik twierdzi, że pacjenci "coś źle zrozumieli", gdyż on nie wymuszał żadnych wpłat, tylko prosił o pomoc fundacji. Zapewnia, że nie uzależniał terminu operacji od wpłat i nie przywłaszczył sobie nawet złotówki. O całym procederze miała wiedzieć dyrekcja szpitala.

Ostatecznie placówce wymierzono karę finansową. Szpital musi zapłacić 507,5 tys. zł.

Czytaj też:
Grodzki może odetchnąć. Prokuratura umarza śledztwo

Źródło: Zero.pl
Czytaj także