Faktycznie, gdyby się posługiwać tym zwykłym, wiele wypowiedzi gospodarza Białego Domu mogłoby się wydawać co najmniej osobliwymi – choćby stwierdzenie, że Irańczycy są zwierzętami i że cofnie Iran do epoki kamienia łupanego, jednocześnie ogłaszając, że celem wojny, którą zaczął razem z Izraelem, jest „uczynienie Iranu znowu wielkim” („Make Iran great again”). Na razie groźby i samochwalstwo – zniszczyliśmy irańską armię i rzuciliśmy naszych wrogów na kolana – przyniosły wielce zaskakujący skutek, czyli dwutygodniowy rozejm i uznanie, że podstawą dalszych negocjacji ma być także 10-punktowy plan Teheranu. Nigdy wcześniej zwycięzca nie godził się dyskutować z pokonanym na… warunkach przegranego. Nigdy wcześniej zwycięzca nie kończył konfliktu, pozwalając pokonanemu na więcej, niż ten miał, nim konflikt wybuchł – w tym przypadku wszystko wskazuje na to, że Donald Trump zgodził się na de facto uznanie suwerenności Iranu nad cieśniną Ormuz. Żeby było bardziej groteskowo, nadal istnieje Hamas czy Hezbollah. Doprawdy, myślę, że pora pożegnać się z dawnym, czcigodnym powiedzeniem o „pyrrusowym zwycięstwie” i zastąpić je nowszym, XXI-wiecznym, „trumpowym zwycięstwem”. Choć między obu sformułowaniami jest też pewna różnica: to pierwsze opisuje faktyczne zwycięstwo, które przyniosło w rezultacie ze względu na straty własne porażkę; to drugie opisuje chełpliwą opowieść o zwycięstwie, które jest tak naprawdę rejteradą.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

