Objętościowo skromna, bogata za to w znaczenia. Powieść świat, można powiedzieć, tyle że za cały świat służy mała wiocha zagubiona gdzieś na węgierskiej prowincji.
Każda literatura ma swoje Macondo – porównanie osady Marqueza z wioską Krasznahorkaiego jest działaniem mocno demaskatorskim wobec komunizmu. Przez wiele lat kojarzyły nam się Węgry z krajem dobrobytu, „gulaszowego komunizmu”, gdzie co prawda wolności też brak, ale żyje się jakoś łatwiej. „Szatańskie tango” miażdży to złudzenie, ale oczywiście metafora jest szersza, a książka zrozumiała będzie także pod innymi szerokościami geograficznymi. Syf i gnój, nieustanny deszcz, rozpad i rozkład, jakby Pan Bóg zmywał z powierzchni świata jądro nieszczęścia, jądro ciemności.
Pana Boga w tej opowieści nie ma, jest za to fałszywy prorok – czyż cały komunizm nie był wielką zbrodniczą operacją fałszywych proroków? Współczesność pod tym względem nie napawa optymizmem – świat bardziej niby kolorowy i zasobny, ale kandydatów na łgarzy przebranych za Mesjaszy przybywa. A może w mieszkańcach fikcyjnej wioski szukać winy? Skoro sami nie potraficie swego życia naprawić, to samiście sobie winni, że was oszust zwodzi? Oni zaś mają zawołać: cóżeście z nami zrobili, na jaki los skazali? I dalej gżą się, grzeszą, krzywdzą, zapijają w tym bagiennym piekle.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
