Deprecjonować jednak tej książki nie można, bo na to nie zasługuje. Krótka, bogata w materiał do przemyślenia, gorzka w przesłaniu – typowy Márai, chciałoby się powiedzieć.
„Lustrem spowiedniczym dla mieszczan” nazwał tę powieść Máraiego jego biograf, Tibor Mészáros. Mieszczanie są, rzecz jasna, zubożali, jak to u Máraiego; zubożali do tego stopnia, że pan domu już w pierwszych partiach tekstu rozważa (czysto teoretycznie), ileż dałoby puszczenie z dymem dobrze ubezpieczonego od ognia mieszkania. Jednak nie o pieniądze w tej historii idzie, lecz o starcie tego, co naturalne i cywilizowane. Pies jest symbolem owej wolności czy nawet dowolności – możecie ją też nazwać dzikością – podczas gdy pan, wyznając zasadę „kocham cię, lecz ciebie złamię”, próbuje go ułożyć. Pan jest przedstawicielem świata konwenansów i odpowiedniego zachowania oczekuje (wymaga!) od psa. Pies jest zaś buntownikiem. Nie może być inny – bunt wpisany jest w samą jego naturę.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
