Dzieci jako szczepionkowa grupa celowa. Po angielsku – target

Dzieci jako szczepionkowa grupa celowa. Po angielsku – target

Dodano: 
Szczepienie dzieci, zdjęcie ilustracyjne
Szczepienie dzieci, zdjęcie ilustracyjne Źródło:PAP / Grzegorz Michałowski
Dziennik Zarazy | Wpis nr 655 || Skoro już tropimy kwestie wpływu obostrzeń i manipulacji danymi oraz jak mają wpłynąć one na proszczepienne zachowania, to nie wolno nam ominąć kwestii „dobrowolnego przymusu” szczepienia dzieci.

Temat trochę przycichł, bo gotowało się na burzę, a więc postanowiono popracować nad tą kwestią, głównie w gronie rodziców. Polska w ogóle przodowała w tym niezbożnym dziele, bo jako jeden z kliku krajów zgłosiła się do testowania eksperymentalnych preparatów już na niemowlętach (pozdrowienie dla pana Cessaka). W innych krajach poszło szybciej z samym wdrożeniem i już tam się szczepiło małe dzieci na całego. U nas i z dorosłymi szło słabo, a więc trzeba było popracować osobno. Najpierw nad starymi, a potem – nad młodzieżą.

Ja pamiętam, że już „za Delty” sugerowano, że napływa fala hospitalizowanych dzieci z kowidem. To miało wstrząsnąć rodzicami, by powalczyli szczepionkami o zdrowie dzieci. Tak samo było z „falą zakażeń” po otwarciu szkół i przedszkoli na jesieni 2021, kiedy to dzieciaki mordowały odprowadzających je do placówek dziadków. Była to inwestycja przygotowawcza w przyszłość, by zastrachani byli gotowi, jak już będzie można oficjalnie szczepić dzieci. Nic to, że zakaźność wśród dzieci to były (i są) promile, zaś zgony w grupie 12-17 lat to w ogóle nie wyszły spoza 8 za cały rok pandemii. Szczepionki miały zejść, a więc parę milionów klientów nie może leżeć odłogiem. A więc medialne młyny mieliły jak trzeba, z tym, że nie bardzo skutecznie.

Sprawa przyspieszyła wraz z Omikronem. W cudowny sposób okazało się, że atakuje on, a jakże… głównie dzieci, a więc zjawił się nasz nowy wariant wtedy, kiedy trzeba. Można rzec – jak na zawołanie. Z tym napływem dzieciaków do szpitali to nawet staje się i prawda, ale raczej chodzi o wirusa RSV, który w jakiś dziwny sposób kładzie na ciężkie przypadki najmłodszych. Może to z powodu utraty wrodzonej odporności, nad czym ostro pracowaliśmy przez ostatnie prawie dwa lata. Głównie poprzez izolację dzieci, która rozleniwiła system immunologiczny oraz doprowadziła do stresu obniżającego odporność. W dodatku wielu naukowców błaga wręcz o nieszczepienie dzieci, zwłaszcza warto odnotować głos w tek sprawie wynalazcy technologii używanej w szczepionkach (mRNA), doktora Malone. Wielu naukowców uważa, że najmłodsi mają i tak super system odpornościowy, zaś szczepionka dewastuje go i obniża pod poziom odporności sprzed szczepienia.

Zaczęło się robić ciężko, kiedy dochodziło do ukrytej segregacji sanitarnej w szkołach. Jak klasie czy szkole trafiła się kwarantanna z powodu zakażonego (głównie testami) Milusińskiego, to na kwarantannie i zdalnym nauczaniu lądowali nie chorzy, czy pozytywni, ale niezaszczepione dzieciaki. Za to te zaszczepione, choćby kaszlały i ledwo ciągnęły ogon za sobą – zapraszamy do klas na żywo. Uciążliwości takiej kwarantanny były de facto pełzającym lockdownem dla rodziców, a więc była na nich wywierana pośrednia presja, by jednak dzieciaka dziabnąć i mieć spokój.

Zaczęło się robić nieciekawie, gdy przyszły zalecenia, żeby… nie leczyć dzieciaków chorych na ostre zapalenia dolnych dróg oddechowych. Konsultant Krajowy pani profesor Jackowska zabroniła stosowania iniekcji w opiece ambulatoryjnej w razie leczenia ostrych stanów infekcji. Tak, spowodowało to napływ dzieci do szpitali, gdyż tylko tam, wedle zaleceń, można było podać zastrzyk. Tak, zastrzyk – ten sam, który w przypadku szczepionki można dostać na dowolnym parkingu (w Niemczech na przykład w oborze). No i mamy – dzieci z infekcjami przybywa w szpitalach, fala rośnie i wszystko się zgadza. Idzie pińćsetna fala. Kto tam będzie się zastanawiał z jakiego powodu? Przecież wiadomo – w telewizji było, że idzie na nas Omikron, no to wiadomo czemu się tak dzieje, choćby młodzież miała negatywny wynik.

A może mieć coraz częściej pozytywny. No, bo Omikron ma dwie cechy różnicujące go od Delty, na której oparto IV falę. Otóż nasz nowy wróg szybko się rozprzestrzenia, ale jest mniej groźny, bo statystyczne objawy to ustępujące po trzech dniach drapanie w gardle. Ale na teście świeci się na czerwono, doda się go do słupków w mediach i będzie go miało coraz więcej ludzi. W testach. Mało tego – badania wskazują, że Omikron szczególnie upodobał sobie… zaszczepionych, którzy łatwiej nań zapadają niż oporni folarze. (Dla sceptycznych dodam, że to dane rządu Wielkiej Brytanii – 3-krotnie zaszczepieni mają 4,5 razy większe, a 2-ktornie zaszczepieni 2,5 raza większe szanse złapać Omikrona niż niezaszczepieni). W związku z tym położonych do szpitala młodych z kowidem będzie coraz więcej, ale nie tylko on będzie przyczyną ich hospitalizacyjnej przygody. Po prostu będą tam lądować na zapalenie płuc, a „tylko” będą mieli pozytywny znacznik na testach.

Kwestia zaszczepienia dzieci przechodzi jakby bokiem. To znaczy władza unika tematu, wymuszając i strasząc pośrednio rodziców. Oczywiście niektórych nie trzeba było przekonywać, bo wraz z otwarciem szczepień dla najmłodszych media społecznościowe zalała fala chwalipięt-ultrasów. Nie dość, że sami znaczyli swój trop swoimi dokonaniami raportowanymi z punktów szczepień, to mieliśmy obrazki z dumnymi rodzicami i dziabniętymi pociechami. Ja tam uważam, że sprawa zaszczepienia się czy nie, jest intymną i prywatną sprawą każdego. I tego domagam się od innych w stosunku do mnie. Ktoś, kto robi sobie zdjęcie ze szczepienia to dla mnie takim sam ktoś, kto publikowałby zdjęcia z powiedzmy… własnej kolonoskopii. W sumie może robić co chce, ale to jakieś takie… żenujące.

W Polsce ok. 20-30% deklaruje pobranie trzeciej dawki. To słaby wynik jest i trzeba będzie go chyba podostrzyć przymusami. Już prezes Kaczyński oznajmił, że w tej sprawie jest gotów „pójść na całość”. No, ja bym się tak nie sadził, możemy już zobaczyć (w których mediach, ach w których…?) co się dzieje w krajach, które próbowały „pójść na całość” i wystarczy przetransponować to sobie na naszą rzeczywistość. Będę śledził dane o procencie zaszczepienia dzieci w kategoriach wiekowych. Z tym, że to może być trudne, zwłaszcza, że jak akcja będzie szła słabo, to media i ministerstwo nie będzie się miało czym chwalić. A jak nie ma czym się chwalić, to zostaje jedno – przymus, oparty na strachu.

No, bo jak się patrzy na postęp, a właściwie regres, „ważności” szczepień (o tym w kolejnym wpisie) to widać, że będzie coraz częściej. Miało być jak ze szczepionką na grypę, ale tę brało się (jak się chciało) raz do roku. Teraz mija niecały rok szczepień, a w niektórych krajach obowiązkowa staje się już czwarta dawka. Ale to przecież grypa mutuje częściej niż koronawirus, a tu grypowe szczepionki raz na rok a kowidowe 4 razy i więcej? No to ja się pytam – dobra, bronimy się i świat, nasze dzieci i dziadków przez śmiertelnym wirusem, ale na ile dawek szczepień jesteście, wy rodzice, przygotowani wobec własnych dzieci? Raz na kwartał, bo właśnie tak się kroi?

Grecki alfabet ma jeszcze sporo liter dla następnych wariantów, zaś WHO zasugerowała, by kolejne mutacje nazywać imionami konstelacji gwiazd. Wystarczy. Wystarczy wyjść w bezchmurną noc i spojrzeć w niebo. Widać wtedy dokąd zmierzamy.

Jerzy Karwelis

Wszystkie wpisy dostępu na blogu „Dziennik zarazy”.

Czytaj też:
Karwelis: Kolejna sztuczka statystyczna tym razem trafia w zaszczepionych

Czytaj też:
Strach ma wielką przyszłość

Czytaj też:
Wieści ze świata. Kowidki obyczajowe, czyli tzw. obyczajki

Źródło: dziennikzarazy.pl
Czytaj także