Chciałam przejechać z podwarszawskiego Józefowa do stolicy pociągiem Kolei Mazowieckich. Na stacji w Józefowie nie ma kasy ani automatu biletowego, więc zgodnie z utartą praktyką wsiadłam do pociągu z zamiarem kupna biletu u konduktora. Dodajmy, że w składach Kolei Mazowieckich nie ma również automatów do kupna biletów. Zaraz po odjeździe ruszyłam w stronę czoła składu, gdzie zazwyczaj znajduje się obsługa. Szłam z walizką i torbą, wiec szłam wolno. Nie zdążyliśmy nawet dojechać do następnej stacji, gdy drogę zastąpił mi kontroler biletów. Spokojnie wyjaśniłam, że idę właśnie kupić bilet i poprosiłam, by mnie przepuścił do konduktora, wszak dotąd w takich sytuacjach było to normalne. On jednak zagrodził przejście i oznajmił, że „nie ma mowy”, nie mam biletu, więc zostanę ukarana opłatą dodatkową.
Próbowałam negocjować, tłumaczyć, że to nie wynik złej woli, lecz braku możliwości zakupu na stacji. Wsparła mnie stojąca obok pasażerka, która widziała całą sytuację: potwierdziła, że „przecież ona idzie do konduktora!”. W oddali faktycznie zauważyłam już kierownika pociągu i zaczęłam do niego machać z nadzieją, że rozwiąże to nieporozumienie. Niestety, kontroler zareagował krzykiem. Stał się agresywny: wobec mnie i wobec tamtej kobiety; i zagroził, że wezwie policję, jeśli natychmiast nie dam mu się wylegitymować. Ponieważ byłam przekonana o swojej racji, poprosiłam, żeby rzeczywiście zadzwonił po patrol.
Nerwowa atmosfera eskalowała z każdą chwilą. Kontroler kazał mi wysiąść z pociągu na najbliższej stacji w Michalinie (dodajmy, że tam stoi niedziałający automat do kupna biletu). W międzyczasie zdążył zadzwonić na policję, jednak słyszałam, jak przekazuje funkcjonariuszom nieprawdziwe informacje: mówił, że rzekomo odmawiam okazania dokumentu tożsamości i nie chcę przyjąć mandatu, choć przecież nie dano mi szansy nawet kupić biletu. Zażądałam, by podał mi telefon, żebym mogła sama wyjaśnić policji sytuację. Kontroler oczywiście odmówił. Ostatecznie, chcąc uniknąć jeszcze poważniejszego konfliktu na pustym peronie, zdecydowałam się przyjąć wypisany przez niego „mandat” na jazdę bez ważnego biletu. Wszystko to było skrajnie niesprawiedliwe i wręcz absurdalne. Stałam roztrzęsiona, z walącym sercem i łzami w oczach. Miałam wrażenie, że zostałam po prostu okradziona w majestacie prawa. Zdobyłam się jeszcze na to, by oznajmić, że jestem dziennikarką i opiszę całą tę sprawę. „Taaa, jasne! Czekam”: rzucił na odchodnym z drwiącym uśmieszkiem. No cóż, dotrzymuję słowa. Opisuję tę historię i jestem ogromnie ciekawa, czy ów człowiek właśnie to czyta.
Złożyłam na jego zachowanie oficjalną skargę, chociaż nie mam pewności, czy przyniesie to jakikolwiek rezultat. Pozostało jednak coś znacznie ważniejszego niż osobista przykrość: to doświadczenie otworzyło mi oczy na szerszy problem. Uświadomiłam sobie, że kontrolerzy często działają nie po to, by egzekwować sprawiedliwe zasady czy pomagać podróżnym, ale by „wyrobić normę” finansowych kar. Często polują nawet na uczciwych obywateli, którzy nie zamierzają oszukiwać. Takie podejście to prosta droga do niszczenia zaufania obywateli do instytucji publicznych: fundamentu społeczeństwa obywatelskiego.
Kontrola zamiast pomocy: co mówi prawo?
Przepisy teoretycznie precyzują obowiązki pasażera i prawa kontrolera, ale praktyka pokazuje przepaść między literą prawa a zdrowym rozsądkiem. Zgodnie z regulaminem przewozów w komunikacji publicznej pasażer ma obowiązek niezwłocznie po wejściu skasować lub nabyć ważny bilet: inaczej mówiąc, wsiadając do pojazdu powinien już mieć bilet, albo natychmiast go skasować/aktywować. Taki przepis ma zapobiegać celowej jeździe „na gapę”, lecz w skrajnie rygorystycznym stosowaniu odbiera szansę tym, którzy chcą uczciwie zapłacić, tylko nie mieli jak zrobić tego przed wejściem. W moim przypadku kontroler w ogóle nie brał pod uwagę okoliczności: brak sprzedaży na stacji – liczył się jedynie fakt, że w chwili kontroli nie trzymałam w ręku skasowanego biletu. Prawo przewozowe faktycznie daje mu narzędzia, by mnie ukarać: kontroler, jako osoba upoważniona przez przewoźnika, ma prawo sprawdzić bilety i dokumenty ulgowe, a gdy stwierdzi ich brak: nałożyć opłatę dodatkową oraz żądać okazania dowodu tożsamości.
Prawo nie jest jednak ślepe na potencjalne nadużycia. W 2014 r. Trybunał Konstytucyjny rozpatrywał skargę na przepis, który przewidywał grzywnę do 5000 zł za samo niepozostanie na miejscu kontroli do czasu przybycia policji. Trybunał uznał ten zapis za niezgodny z Konstytucją: podkreślił, że kara za każde niepodporządkowanie się poleceniu kontrolera „nieproporcjonalnie ogranicza wolność osobistą obywateli i rodzi niebezpieczeństwo nadużywania przez kontrolerów uprawnień”. Innymi słowy, ustawodawca dał kontrolerom zbyt daleko idącą władzę, mogącą utrwalać postawy arbitralne. „Jazda na gapę” to zjawisko częste i zrozumiałe jest dążenie do jego ograniczenia, stwierdził TK, jednak sankcje nie mogą zmieniać kontrolera biletów w małego tyrana. Niestety, moje doświadczenie pokazuje, że pomimo wyroku TK w codziennych interakcjach wielu kontrolerów wciąż zachowuje się, jakby byli ponad prawem, które mają reprezentować. Zamiast służyć pasażerom i dbać o porządek, traktują wszystkich jak potencjalnych przestępców, albo gorzej jak potencjalny BANKOMAT.
Warto zauważyć, że kontroler nie jest w praktyce bezkarny, pasażer ma prawo złożyć skargę na jego działania, a w skrajnych przypadkach szczególnej agresji można nawet mówić o przekroczeniu uprawnień. Gdyby doszło do użycia przemocy fizycznej czy bezprawnego przetrzymania pasażera bez podstaw, kontroler mógłby odpowiadać za takie czyny. W praktyce jednak dochodzenie swoich racji bywa trudne – zazwyczaj to słowo pasażera przeciw słowu pracownika firmy kontrolerskiej. System zdaje się z góry stać po stronie kontrolerów, bo to oni egzekwują „porządek”. A kiedy ten porządek zamienia się w bezduszny formalizm, obywatele zostają pozbawieni realnej ochrony.
Publiczne miliony, ale biletomatu brak
Państwowy przewoźnik powinien służyć obywatelom, tymczasem w opisanej sytuacji kompletnie zabrakło elementarnej życzliwości czy chęci pomocy. Co gorsza, to my, społeczeństwo, finansujemy działanie takiej instytucji. Koleje Mazowieckie od początku istnienia są dotowane ze środków publicznych. Przykładowo w 2007 roku spółka otrzymała 152 mln zł dotacji z budżetu województwa mazowieckiego, a w kolejnych latach subsydia rosły. Budżet Mazowsza na rok 2025 przewiduje wydatki na transport i infrastrukturę na poziomie ponad 3,3 mld zł, z czego aż 982 mln zł przeznaczono na dopłaty do przewozów kolejowych: głównie dla Kolei Mazowieckich oraz Warszawskiej Kolei Dojazdowej. Mówimy o kwotach rzędu niemal miliarda złotych rocznie z kieszeni podatników na zapewnienie mieszkańcom sprawnej komunikacji regionalnej. Do tego dochodzą olbrzymie fundusze unijne: w latach 2007–2020 Koleje Mazowieckie uzyskały ponad 1,9 mld zł dofinansowania z UE na zakup i modernizację taboru. W czerwcu 2024 r. podpisano umowę na 242 mln zł z UE na zakup 15 nowych EZT (elektrycznych zespołów trakcyjnych), a w marcu 2025 r. kolejna dotacja 162,4 mln zł na następne 14 pociągów została zatwierdzona.
W świetle tych danych trudno zaakceptować argumentację, że „przepisy są bezwzględne” i nie można inaczej. Czy naprawdę nie dało się z części tych ogromnych środków zainwestować w choćby proste udogodnienia dla pasażerów, takie jak działające automaty biletowe na każdej stacji i automaty w wagonach? Gdyby w Józefowie był biletomat, moja historia w ogóle by się nie wydarzyła. Niestety, zamiast rozwiązać problem u źródła: dostępność biletów, wybrano drogę karania obywateli. To sytuacja, w której państwowa spółka najpierw oszczędza kosztem wygody podróżnych, a potem ci podróżni są dodatkowo finansowo karani za brak biletu, którego nie mieli gdzie kupić. Płacimy więc za kolej trzykrotnie: raz w podatkach, drugi raz kupując bilet, gdy jest gdzie go kupić…, a trzeci raz płacąc pensje kontrolerów, którzy, zamiast pomagać, polują na nas niczym na wroga. Jaki to ma sens?
Dla porządku dodajmy: jeśli pasażer rzeczywiście nie ma możliwości kupna biletu z przyczyn od siebie niezależnych, przepisy przewidują możliwość reklamacji. Wielokrotnie sądy stawały po stronie ukaranych w takich przypadkach – np. uniewinniając osobę, która nie mogła kupić biletu z powodu awarii biletomatu. Przewoźnicy miejscy deklarują oficjalnie, że wadliwy biletomat stanowi podstawę do anulowania mandatu po złożeniu reklamacji. Problem w tym, że kontroler i tak wystawia wezwanie do zapłaty, obarczając pasażera stresującą procedurą odwoławczą. Jak przyznał rzecznik ZTM w Warszawie, nawet w oczywistych sytuacjach kontroler może nałożyć opłatę dodatkową, a pasażer musi potem walczyć o jej umorzenie: w zeszłym roku warszawski ZTM uznał 90 reklamacji od ukaranych osób. Zamiast domyślnie ufać obywatelowi, że działał w dobrej wierze, system woli najpierw go ukarać i zmusić do pisania odwołań, zbierania dowodów, chodzenia po sądach. To odwrócenie logiki: publiczny transport powinien być przyjazny i dostępny, a nie opresyjny. Tymczasem pasażer staje się petentem proszącym o litość we własnej sprawie, jakby zrobił coś złego.
Ludzie vs. „norma”: ofiary nadgorliwości
Moja historia niestety nie jest wyjątkiem. Po nagłośnieniu sprawy zaczęły do mnie spływać opowieści innych pasażerów, którzy czuli się skrzywdzeni przez bezduszność kontrolerów. Przykładem Kasia, moja koleżanka ze studiów polonistycznych, która w listopadzie 2022 r. wraz z mężem jechała pociągiem KM ze stacji Warszawa Toruńska do Modlina. Nie zdążyli wsiąść do pierwszego wagonu, gdzie stacjonuje obsługa, a okazało się, że przejście między wagonami było niemożliwe w tym składzie. Ponieważ nie podróżują koleją na co dzień, próbowali w pośpiechu kupić bilety przez telefon, niestety aplikacja nie pozwoliła na zakup po ruszeniu pociągu, wyskakiwały błędy serwera. Gdy tylko do wagonu wszedł konduktor, małżeństwo od razu zgłosiło się do niego z prośbą o sprzedaż biletów. Konduktor… bilety sprzedał, ale równocześnie wypisał im mandaty po 147 zł na osobę za „brak ważnego biletu przy wejściu”, nie informując nawet, że nakłada opłatę dodatkową! Pasażerowie czuli się oszukani, mieli wrażenie, że wykorzystano ich niewiedzę i dobrą wolę. Ich reklamacja w efekcie została przyjęta, ale po co te nerwy? I po co ta cała dodatkowa praca?
Inna historia: Mama, zaprzyjaźnionego ze mną wykładowy na Wydziale Filozofii UW, starsza pani (ponad 60 lat wsiadała) w deszczowy dzień do tramwaju na warszawskim Marymoncie, trzymając w dłoni ważny bilet jednorazowy, by skasować go zaraz po wejściu. Pojazd był starego typu: najpierw strome schody, kasowniki dopiero przy górnej poręczy. Przed nią do wagonu wbiegł mężczyzna i stanął na najwyższym stopniu. To był kontroler. Gdy tylko drzwi się zamknęły i tramwaj ruszył, ów kanar odwrócił się do pasażerów, blokując dostęp do kasownika i ogłosił kontrolę biletów. Widział dobrze, że kobieta ma nieskasowany bilet w ręku, jednak natychmiast zaczął spisywanie jej za jazdę bez ważnego biletu. Zażądał opuszczenia tramwaju na następnym przystanku celem wystawienia mandatu. Pani próbowała wyjaśniać, ale kontroler pozostał nieugięty: ot, „reguły to reguły”. Dopiero kiedy starsza pasażerka sama zaproponowała wezwanie policji i oznajmiła, że ma czas poczekać na funkcjonariuszy, kontroler niespodziewanie zrezygnował z procedury, zostawiając starszą kobietę przemoczoną na przystanku. Wyglądało na to, żeblefował, licząc że zastraszy bezbronną osobę i wlepi mandat. Czyżby przestraszył się konfrontacji pod okiem policji? Tak czy inaczej, trudno pojąć taką znieczulicę, mówimy o kobiecie w wieku emerytalnym, w oczywisty sposób nie próbującej niczego wyłudzić, bilet miała przecież kupiony, a mimo to kontroler w ogóle nie okazał jej szacunku ani wyrozumiałości.
Kolejny przykład: moja bardzo bliska znajoma, Natalia, będąc studentką spieszyła się na zajęcia i na zatłoczonym przystanku chciała kupić bilet w automacie. Autobus przyjechał spóźniony i nim zdążyła cokolwiek zrobić, musiała szybko wsiąść: drzwi zamykały się tuż za nią. Natychmiast skierowała się do biletomatu w środku pojazdu i zaczęła klikać na ekranie odpowiedni bilet. W tym samym momencie rozległo się: „kontrola biletów!”. Zanim Natalia zdążyła wybrać metodę płatności i przyłożyć kartę, kontroler już stał obok niej. Mimo jasnych tłumaczeń, że dopiero co wsiadła i jest w trakcie zakupu, kontroler nie dał jej dokończyć transakcji. Wypisał standardową karę 147 zł, pouczając z zimną satysfakcją, że „wsiadając do pojazdu trzeba mieć ważny bilet”. Dziewczyna stała oszołomiona, wstrzymując łzy upokorzenia. Dopiero co przeprowadziła się do Warszawy. Zamiast zachęty do korzystania z komunikacji publicznej otrzymała na „dzień dobry” traumę. Po co właściwie są biletomaty w autobusach, skoro pasażer i tak ma być ukarany, jeśli spróbuje z nich skorzystać?
Takich historii są niestety setki, jeśli nie tysiące. W Internecie można znaleźć relacje osób, którym kontrolerzy wmawiali coś niezgodnego z prawdą: np. błędną godzinę wejścia do pojazdu, by udowodnić jazdę bez biletu, wykłócali się o groszowe niedopłaty, traktowali ludzi z góry. Media co pewien czas opisują najbardziej bulwersujące incydenty. Sytuacje nadużycia władzy przez kontrolerów nie należą do rzadkości, parę lat temu w Gdańsku kontrolerzy siłą wywlekli młodą kobietę z tramwaju i przygwoździli do ziemi: tłumaczyli później, że chciała uciec. W innym przypadku warszawski pasażer twierdził, że kontroler użył wobec niego gazu pieprzowego i kajdanek, gdy doszło między nimi do szarpaniny. Sami pracownicy branży przyznają wprost, że zdarzają się ekipy kontrolerskie złożone z przypadkowych ludzi o wątpliwej reputacji. W wywiadzie „Wstydzę się, że jestem kanarem” dla Wirtualnej Polski jeden z długoletnich kontrolerów stwierdził: „konkurencja zatrudnia bandziorów i kryminalistów”,opisując jak jego kolega po fachu groził połamaniem kości kobiecie w ciąży podczas sprzeczki o bilet. Tego typu ekscesy może nie zdarzają się codziennie, ale sama świadomość, że mogą się zdarzyć, budzi w pasażerach strach. Podróż komunikacją publiczną, która powinna być zwyczajną częścią dnia, bywa obarczona stresem: czy trafię na kontrolera agresora? Czy drobna pomyłka nie skończy się dla mnie mandatem i upokorzeniem?
Skąd bierze się takie zachowanie kontrolerów?
Poza indywidualnymi predyspozycjami, ktoś może po prostu nie nadawać się do pracy z ludźmi, istnieją też czynniki systemowe. Pensje kontrolerów często składają się z niewielkiej podstawy i wysokiej premii od wystawionych mandatów. Mówiąc wprost: „jeśli kontroler chce godziwie zarobić, musi hurtowo wlepiać mandaty”, inaczej zostanie z gołą płacą minimalną. Takie prowizyjne wynagradzanie to proszenie się o patologię. „Chęć zysku sprawia, że kontrolerzy łamią przepisy i nadużywają uprawnień, mnożą się skargi od pokrzywdzonych pasażerów” – pisano w Dzienniku „Polska The Times” już dekadę temu. Nic dziwnego, że przy tak ustawionej motywacji wielu kontrolerów traktuje każdego napotkanego pasażera nie jak klienta do obsłużenia, lecz jak potencjalne źródło mandatu. Gubi się gdzieś podstawowa empatia i zwykła ludzka przyzwoitość.
Opisane zjawisko ma konsekwencje znacznie poważniejsze niż jednorazowa przykrość czy uszczuplenie portfela kilku osób. Takie działania systematycznie podkopują zaufanie obywateli do instytucji publicznych. Jeżeli osoba, która chce zapłacić za usługę publiczną (przejazd) i działa w dobrej wierze, zostaje potraktowana jak oszust i ukarana z całą surowością, to jaki komunikat od państwa otrzymuje? Ano taki, że państwo nie jest jej przyjacielem ani opiekunem, tylko aparatem karzącym, który czyha na potknięcia. Ludzie zaczynają postrzegać przedstawicieli instytucji, choćby tak szeregowych jak kontroler biletów, nie jako służbę publiczną, lecz jako wrogi element, którego należy się obawiać. Rodzi się atmosfera podejrzliwości i wrogości po obu stronach. Pasażerowie przestają ufać, że przepisy służą czemuś dobremu: widzą w nich jedynie narzędzie opresji, skoro stosuje się je bez cienia zdrowego rozsądku czy sprawiedliwości. Źle pojęta gorliwość kontrolerów okazuje się sabotować ideę społeczeństwa obywatelskiego bardziej niż niejeden drobny gapowicz. Czas najwyższy to dostrzec, i przywrócić właściwe proporcje między literą prawa a duchem sprawiedliwości. Moje poczucie zaufania do Kolei Mazowieckich spadło do zera. Jestem przerażona poczuciem wyższości i brutalnością zatrudnianego przez nich kontrolera. Ten człowiek właściwie mnie okradł i zrobił to w majestacie prawa.
Czytaj też:
Czeka nas paraliż komunikacyjny? Związkowcy zapowiedzieli ogólnopolski protestCzytaj też:
Polskie miasto odcięte od kolei. Wykluczenie komunikacyjne trwa od ponad 20 lat
Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.
Zapraszamy do wypróbowania w promocji.
