Z jednej strony padło ustne zapewnienie, że Niemcy będą kontynuować dalszą budowę pomnika poświęconego polskim ofiarom nazistowskich Niemiec, a ponadto niemiecki rząd zobowiązuje się do zwrotu Polsce zagrabionych przez nazistów dzieł kultury. Co więcej Merz wyraził się jednoznacznie, że kwestia reparacji z perspektywy niemieckiego rządu, biorąc pod uwagę ich polityczny, jak i prawny wymiar, to sprawa, która jest już definitywnie dla nich zamknięta. Z naszego punktu widzenia problem wciąż nie został jednak rozwiązany, choć wydaje się, że zmierza do nieszczęśliwego zakończenia.
Istotniejszy w tym przypadku jest fragment wystąpienia Donalda Tuska, który powiedział, że „Jeśli chodzi o symboliczne wsparcie ze strony Niemiec dla żyjących jeszcze ofiar, tych bezpośrednich ofiar, bezpośrednio poszkodowanych przez wojnę, żyjących polskich obywateli, to ja oczywiście będę o tym rozmawiał jeszcze dzisiaj, uświadomię taką oczywistą, smutną rzecz. Jest ich w tej chwili, mówię o tych bezpośrednich ofiarach, według szacunków Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie… kiedy rozmawiałem z kanclerzem Scholzem było to trochę ponad 60 tysięcy. Dzisiaj to jest 50 tysięcy. Pospieszcie się, jeśli chcecie naprawdę wykonać taki gest. Ja będę rozważał, jeśli nie uzyskamy jakiejś deklaracji, jednoznacznej i szybkiej, no to będę rozważał w przyszłym roku decyzję, że Polska wypełni tą potrzebę z własnych środków”.
Jasnym jest, że trzeba nie mieć wstydu, żeby coś takiego publicznie powiedzieć. To jest rzecz bezsporna. Co wynika z tej wypowiedzi? Tusk domaga się „jakiejś deklaracji”, czyli słów. To wszystko zatem czego realnie oczekuje to tylko słowa, słowa, słowa. Jeżeli chodzi o pomnik to wiadomo, że ma zamknąć usta krytykom. Co do zwrotu skradzionych artefaktów polskiej kultury to jeszcze się zobaczy. Nic przecież pewnego. W przyszłości kanclerzem może być ktoś inny, kto sprawę oceniał będzie inaczej i powie, że wszystkie te dzieła sztuki pozostają w Niemczech. Niektórych krzywd nie da się natomiast naprawić samymi przeprosinami. Potrzebne są czyny, a nie słowa, deklaracje czy PR przygotowany pod media. My nie chcemy bowiem pomnika, a sprawiedliwości i adekwatnego zadośćuczynienia do wyrządzonych naszemu narodowi krzywd.
Każdego przyzwoitego człowieka taka wypowiedź powinna zbulwersować, ponieważ nic od lat nie zrobiono w tej materii, a i dzisiaj premier Tusk buńczucznie upomina się o kolejne deklaracje, które jak pokazuje życie, nie będą mieć przełożenia na nic konkretnego. Co gorsza z tej wypowiedzi wynika, że Niemcy wcale nie są do niczego zobligowane, ponieważ najprawdopodobniej Polska sama sobie wypłaci odszkodowania za niemieckie zbrodnie. Tego jeszcze nie było.
Zapewne Tuskowi w zakulisowych rozmowach powiedziano jasno, żeby niczego się już od Niemiec więcej nie dopraszał i nie spodziewał. Przynajmniej takie można odnieść wrażenie po tym co padło z jego ust. Jest to skandaliczne tym bardziej dlatego, że była mowa wyłącznie o polskich „bezpośrednich ofiarach” niemieckich zbrodni wojennych. Pomijając już kwestię doszczętnie zniszczonej Warszawy, uprowadzonych do III Rzeszy niemieckiej dziesiątek tysięcy polskich dzieci, a ograniczając się wyłącznie do tych spośród Polaków, którzy zostali wymordowani wraz z całymi rodzinami, siłą rzeczy widzimy, że nie ma nikogo kto mógłby upomnieć się o odszkodowania za życie tych ludzi i jedynym podmiotem, który może skutecznie naciskać w tej sprawie, a zatem i finalnie coś realnie w niej osiągnąć lub wszystko zaprzepaścić, na co się niestety zanosi, jest Państwo Polskie, które zdaje się, że w osobie premiera Tuska daje za wygraną. Przejmowanie niemieckich zobowiązań jest bowiem czystą kapitulacją. Jeśli to nie jest wyrazem wasalstwa wobec Niemiec, to co jeszcze musiałoby się wydarzyć, aby tak było?
Tusk, jak można przypuszczać, na nasz wewnętrzny, krajowy użytek, wypowiedział również i takie słowa: "Niemcy trzymają się tego formalno-dyplomatycznego aktu z lat 50. (…) Jak państwo dobrze wiecie, ci, którzy znają historię, w latach 50. Polska de facto nie miała nic do powiedzenia w tej kwestii i zrzeczenie się reparacji wówczas przez Polaków nie jest uznawane za akt zgodny z wolą narodu polskiego. Bo naród polski nie miał wtedy w tej kwestii nic do powiedzenia". Brzmi całkiem sensownie, zupełnie tak jakby Tusk zaczął myśleć w kategoriach polskiej racji stanu. Ktoś kto nie obserwuje poczynań tego człowieka, mógłby nabrać się na patriotyczny wydźwięk tych słów. Nic bardziej mylnego. To wyłącznie kolejna zasłona dymna, za którą kryje się nieudolność tego polityka. Mógłby równie dobrze powiedzieć, że podziela nasze odczucia w tej sprawie, ale nic się nie da zrobić i musimy się z tym pogodzić.
Po co ta cała szopka? Tusk chciał sprawić radość polskiej gawiedzi i dać argumenty uśmiechniętej Polsce, aby mogła go bronić w tej przegranej przez niego sprawie, no bo przecież coś robi, no bo się upomina, no bo walczy. Sęk w tym, że druga część jego wypowiedzi całkowicie zaprzecza jego rzekomej nieustępliwości i zaangażowaniu, ponieważ bierze w rachubę to, że koniec końców sami sobie zapłacimy za wszystkie krzywdy spowodowane przez Niemców. Gdyby mu naprawdę zależało to takie słowa by mu nawet przez myśl nie przemknęły. Podejrzewam, że Merz przed oficjalnym spotkaniem z Tuskiem, wziął go na stronę i powiedział mu, żeby nie liczył na żadne reparacje i jest to wyłącznie jego problem jak z tego wybrnie. Wydaje się, że decyzje już zapadły, a Tusk postanowił tylko, że zacznie już przygotowywać grunt pod to co „nieuniknione”.
Szkoda, że jego cechy charakteru, takie jak mściwość, despotyczność, nieumiejętność znoszenia odmowy i narzucanie swojego zdania siłą, które na co dzień uwydatnia się w sposobie obchodzenia się ze swoimi podwładnymi i koalicjantami, nie ujawniły się w momencie gdy doszło do tak poważnych rozmów, w sprawach naprawdę wielkiej wagi. Aż dziw bierze, że ten wycofany, spłoszony, a wręcz wykazujący się oportunizmem, żeby nie powiedzieć skundleniem, człowiek, którego mogliśmy zobaczyć w Berlinie, to są te same osoby. Widocznie potwierdza się tu reguła o tych, co to są silni wobec słabych i słabi wobec silnych.
Wypowiedzi premiera nieudolnie usiłował bronić minister obrony narodowej. Władysław Kosiniak-Kamysz podczas konferencji prasowej w sejmie bez żadnego zażenowania stwierdził, że było to „bardzo twarde oświadczenie i jasne postawienie sprawy”, a co więcej „To forma pokazania, jak bardzo rząd jest zdeterminowany”. Podbił to jeszcze, dodając, że „Premier Tusk zrobił więcej niż ktokolwiek inny w tej sprawie” i tak naprawdę była to „prowokacja intelektualna” z jego strony. Chyba mowa o dwóch różnych wystąpieniach premiera, bo nie sposób zgodzić się z oceną wicepremiera Kosiniaka-Kamysza.
Obie strony wprawdzie deklarują, że relacje między Polską a Niemcami zmierzają w coraz lepszy kierunku, ale już przez stronę niemiecką podkreślany jest fakt, że na drodze do pełnej zgody stoją reparacje liczone w bilionach. Powiem krótko. Nie trzeba było podejmować się próby dokonania ludobójstwa na polskim narodzie. Czas na sprawiedliwość dziejową, bo prawda jest po naszej stronie. W takim przypadku słowo „przepraszam” to zdecydowanie za mało. Nad skomplikowanymi relacjami polsko-niemieckimi ubolewali również redaktorzy „Der Spiegel” – Jan Puhl i Severin Weiland. Dziwili się, że po tylu latach te relacje nie stają się „samograjem”, ale wciąż pozostają niejako w martwym punkcie. Winnych trudnym relacjom sąsiedzkim obu państw upatrują wśród skrajnej prawicy. Wiadomo, musi być jakiś kozioł ofiarny.
Podobnego zdania jest redaktor Gabriele Lesser z „Tageszeitung”, która dobitnie stwierdza, że „Relacje polsko-niemieckie od dawna nie były tak złe jak obecnie”. Lesser przypomniała, że jedynie żydowskie ofiary nazistowskich Niemiec oraz Sowieci otrzymali wyższe reparacje wojenne niż Polska. Sęk w tym, że polskie ofiary nie dostały zbyt wiele i sam sposób w jaki to przedstawiła jest manipulacją. Wystarczy przypomnieć sprawę Winicjusza Natoniewskiego, który jako mały chłopiec uległ rozległym poparzeniom na skutek działań hitlerowców, którzy dopuścili się pacyfikacji jego rodzinnej wsi – Szczecyn na Lubelszczyźnie. Starając się o uzyskanie reparacji od Niemiec pozwał Państwo Niemieckie, ale przed polskim, a nie niemieckim sądem. Niestety bezskutecznie, ponieważ Sąd Najwyższy powołał się na immunitetem Niemiec. Z kolei Europejski Trybunał Praw Człowieka od razu oddalił jego sprawę bez rozpatrywnia. Przypadek Natoniewskiego pokazuje jasno, że Niemcy nie starały się zadośćuczynić ofiarom swoich zbrodni, ale za wszelką cenę dążą do uniknięcia odpowiedzialności.
Co ciekawe „Sueddeutsche Zeitung” uważa, że „Problem nie jest wcale taki trudny do rozwiązania”. Szkoda tylko, że premier zdaje się tego nie wiedzieć i podkłada się w tej sprawie, dając z góry za wygraną, a co gorsza przerzucając odpowiedzialność za odszkodowania, jak i ich ciężar, na polskich obywateli. To samo w sobie jest nad wyraz skandaliczne. Nie jest wykluczone, że będzie to również zachęta, aby inni pokrzywdzeni przez nazistowskie Niemcy zwrócili się do nas po pieniądze. W końcu jak płacić ofiarom to wszystkim. Czekamy zatem na ustawienie się kolejki.
Ta sama gazeta, w osobie swojej warszawskiej korespondentki – Viktorii Grossmann, podkreśla, że „Berlin na razie nie przekaże kolejnych pieniędzy dla ofiar nazizmu w sąsiednim kraju (Polsce)”, bo rząd nie wyraził zgody na wypłacanie dalszych świadczeń dla żyjących ofiar. Mowa jest jedynie o sondowaniu możliwości udzielania dalszego wsparcia, co należy odczytywać jako grę na czas. W jej ocenie uzasadnieniem dla odkładania decyzji w czasie jest fakt, że polski rząd stara się unikać tego tematu, ze względu na to, że budzi w Polsce ostre reakcje. Jak można się domyśleć jest to tylko wymówka. Nie mniej jednak jako winnych za ten stan rzeczy wskazała konkretnie rząd Donalda Tuska, który traktuje sprawę reparacji nie z najwyższym priorytetem, ale raczej jako gorącego kartofla i tu musimy się zgodzić.
Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.
Zapraszamy do wypróbowania w promocji.
