Uśpiony w 1989 r. przez Francisa Fukuyamę bieg historii, od tego czasu dawno już ponownie przebudzony, wraz ze spektakularną akcją USA w Wenezueli, dostał na początku roku kolejnego przyspieszenia, zwiastując zmierzch liberalnego globalnego porządku międzynarodowego na rzecz wciąż kształtującego się konsensusu mocarstw. Choć jego szczegółowy wynik pozostaje na razie nieznany, to znamy jednak ogólne ramy tej bieżącej rywalizacji, potwierdzające, że nasz kraj, w zasadzie już tradycyjnie, znajduje się w strefie zgniotu. W tej sytuacji większość naszych elit nie widzi innej możliwości, jak scedowanie naszej polityki międzynarodowej i strategii obronności na zewnętrzne ośrodki decyzyjne, to jest Waszyngton bądź Brukselę tudzież Berlin. W tych szczególnych uwarunkowaniach i specyficznych ograniczeniach, gdzie rodzime bariery mentalne są nie mniejsze niż same właściwe komplikacje geopolityczne, odpowiednie przyjęcie do wiadomości transformacji globalnego porządku stosunków międzynarodowych jest koniecznym, a zarazem zbawiennym punktem wyjścia do wypracowania nowego suwerennościowego kierunku dla Rzeczypospolitej.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
