Aborcyjny zamordyzm w Gdańsku na Zaspie

Aborcyjny zamordyzm w Gdańsku na Zaspie

Dodano: 
Protest przeciwników aborcji, przed przychodnią "Aborcyjnego Dream Teamu" na ulicy Wiejskiej w Warszawie
Protest przeciwników aborcji, przed przychodnią "Aborcyjnego Dream Teamu" na ulicy Wiejskiej w Warszawie Źródło: PAP / Leszek Szymański
Krzysztof Kasprzak Gdańsk pod rządami Aleksandry Dulkiewicz jawi się jako miasto szczególne, jeśli chodzi o wartości konstytucyjne, takie jak swoboda zgromadzeń i wolność słowa. W mateczniku uśmiechniętej demokracji nie powinno dziwić, że najwięksi demokraci i zwolennicy „wszystkowolności” są tak naprawdę największymi zamordystami. Dlaczego tak jest i skąd ta myśl?

Chodzi o strefy buforowe pod szpitalami, które robią aborcje, a które to strefy Dulkiewicz wespół z aktywistami skrajnej lewicy starają się wprowadzić. Mając przeciwko sobie Konstytucję, prawo o zgromadzeniach, a nawet własną opcję polityczną, bo przecież nie ma najmniejszych szans, żeby Dulkiewicz przeforsowała jakiekolwiek zmiany w prawie o zgromadzeniach w tej kadencji. Niemniej prezydent Gdańska stosuje szereg manewrów, których celem jest delegalizacja zgromadzeń konserwatywnych i prolajferskich. Pomaga jej policja, która książkowo wręcz eskaluje atmosferę, m.in. przywożąc na zgromadzenia prolife broń soniczną typu LRAD zamontowaną na radiowozach. A następnie parkuje tak, aby każdy uczestnik modlitwy widział: jesteśmy i mamy cel ustawiony prosto na was.

Modus operandi na Zaspie

Jaki jest mechanizm działania władz miasta? Można go opisać w trzech krokach:

  1. Krok pierwszy: Rejestruje się antagonistyczne zgromadzenia w odległości 5-10 metrów od siebie, kompletnie lekceważąc ustawę o zgromadzeniach. Pomijając zupełnie fakt, że to strona prolajf zgłosiła pierwsza swoje zgromadzenie i że w związku z tym zgromadzenie proaborcyjne powinno być 100 metrów dalej. Oczywiście na ten przywilej liczyć może tylko lokalny KOD i lewicowe młodzieżówki, bo gdyby na przykład katolicka kontrmanifestacja do parady równości chciała stanąć 10 metrów od niej, to w Gdańsku tego nie uświadczy.
  2. Krok drugi: Lewactwo i KOD-ziarstwo podczas różańca pod szpitalem na Zaspie hałasuje i krzyczy: „do kościoła!”, „moja macica to nie kaplica” oraz „wy…ać”. Jest to szczególnie urocze, gdy różaniec prowadzą na przykład dzieci. Działacze lewicy wyzywają modlących się od morderców kobiet, nazistów, faszystów i ruskich agentów. Seans nienawiści trwa zazwyczaj około pół godziny do godziny.
  3. Krok trzeci: Urzędnicy materializują się na miejscu Publicznego Różańca i formułują oczekiwanie, że modlitwa pod szpitalem będzie odbywać się po cichu. Swoją drogą, ciekawą rolę przyjmują dla siebie ludzie Dulkiewicz – nie tylko obserwatora, ale i recenzenta i audytora wobec przebiegu manifestacji. Nie posłuchasz ich dobrych rad, może skończyć się rozwiązaniem zgromadzenia – nawet pod sam jego koniec, gdy uczestnicy zaczynają już demontować banery i w zasadzie się rozchodzą – tak jak zdarzyło się to 18 stycznia.

Bo widzą Państwo: jak ktoś zareaguje na aborcję, a już nie daj Boże jak ktoś się modli, to jest to skandal i mowa nienawiści. Ale jak proaborcyjna bojówka wyzywa od morderców i faszystów, to jest to demokracja i praworządność.

„Norymberga dla aborterów”

Wisienką na torcie jest to, że hasło „Norymberga dla aborterów”, które pojawiło się na briefiengu dla prasy, jest postrzegane także jako mowa nienawiści. Do tego, że lewicowy aktyw jest bandą nieuków w każdej dziedzinie, również z historii, powinniśmy się przyzwyczaić. Jednak fakt, że z przemocą kojarzy im się Trybunał w Norymberdze, który sądził zbrodnie (również te aborcyjne) w wykonaniu Niemców i ich sojuszników, musi mimo wszystko szokować. Czy lewica życzy sobie, aby zbrodni przeciwko ludzkości nie osądzać? Czy procesy norymberskie traktuje jako nieuzasadnioną przemoc i czy podsądnych z Norymbergii uważa za ofiary nieuzasadnionej agresji…?

Co na to sądy?

W tych trzech krokach Aleksandra Dulkiewicz stara się osiągnąć pożądany efekt: rejestrujemy lewacką kontrmanifestację, nie reagujemy, jak hałasuje, zakłóca i obraża, a jak prolajferzy się modlą, to im co najmniej grozimy, a najlepiej rozwiązujemy zgromadzenie. Choć nie ma w Polsce formalnie stref buforowych pod ośrodkami aborcyjnymi, to w wymieniony wyżej sposób można osiągnąć to samo: wygonić ludzi za życiem spod okien abortoriów, a sprawcom aborcji dać komfort działania. Bo o to tutaj ostatecznie chodzi: gdy ginekolodzy, nierzadko utytułowani, po nagradzani przez branżowe pisma i środowiska, przyzwyczajeni do pochwał, kwiatów i bankietów, usłyszą, że popełniają zbrodnię na poczętych dzieciach, to robi im się przykro, a przecież nie chcą psuć sobie dnia…

Wkrótce rozprawa w sprawie odwołania od rozwiązania zgromadzenia pod Zaspą. Bardzo ciekawe, czy sąd stanie na straży wolności zgromadzeń, czy jednak pójdzie po linii partyjnej.

Scenariusz win-win

Jeśli sąd pójdzie po linii partyjnej, zgromadzenia i tak będą się odbywać, natomiast zaistnieje ciekawy precedens na skalę Polski, do wykorzystania przez liczne samorządy, które mają dość obwoźnych cyrków, jakimi są parady równości. No bo przecież wystarczy zastosować metodę Dulkiewicz: pozwolić na rejestrację kontrmanifestacji obok parad równości, czekać, aż parada równości zacznie im coś nadawać przez megafon, rozwiązać paradę jako zagrożenie dla wielu uczestników.

Na marginesie, jako bywalec licznych kontrmanifestacji wobec marszów LGBT, nadmienić mogę, że używanie megafonów przez homoparady to akurat najmniejszy problem – oni wręcz fizycznie atakują każdego, kto stoi na ulicy i ośmiela się z nimi nie zgadzać. O aktach ekshibicjonizmu – które są znakiem firmowy lobby LGBT – nawet nie wspominając.

Czekamy więc z niecierpliwością na rozprawę w gdańskim sądzie, bo znowu będziemy w sytuacji win-win, niezależnie od tego, jaki wyrok zapadnie. A szanownej prezydent Dulkiewicz pozostało zacytować Fausta: „Jam jest częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”.

Krzysztof Kasprzak, autor jest członkiem zarządu Fundacji Życie i Rodzina

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także