Jaś Fasola i przyjaciele

Jaś Fasola i przyjaciele

Dodano: 
Premier Donald Tusk
Premier Donald Tusk Źródło: Flickr / Kancelaria Premiera
Jacek Gawryszewski Historia III RP nasycona jest wydarzeniami, które w powszechnym odbiorze zyskały status afer. Ich częstotliwość, zasięg i charakter to naturalna konsekwencja transformacji ustrojowej.

Po 45 latach reżimu bez zasad, standardów i zdrowego rozsądku wpadki zdarzyć się musiały. Dzięki mediom, te bardziej hece niż afery osiągały w rankingach klikalności najwyższe noty. Choć było ich bez liku, najdłużej pozostaną w zbiorowej pamięci afery: Rywina, "Olina", "Amber Gold", FOZZ, podkarpacka, gruntowa, zbożowa, paliwowa, reprywatyzacyjna i sexafera w "Samoobronie".

To, co najczęściej motywowało antybohaterów tych wydarzeń to władza i pieniądze. Wspólną cechą był także dysonans między ich medialną skalą a stanem faktycznym, który po latach śledztw i procesów sądowych okazywał się lichy i bezbarwny. Pomimo tego elektryzowały i pobudzały wyobraźnię. Jednak tylko jedna, zwana taśmową vel podsłuchową na trwale zapisze się na kartach historii III RP.

Z kilku powodów była inna niż wszystkie. Oryginalność zawdzięcza bezmyślności i bezczelności jej protagonistów. Kultowy Jaś Fasola to arogancki mężczyzna o intelekcie dziewięciolatka. Zarozumiały Brytyjczyk uosabia fajtłapy, nagrane przez dwóch rezolutnych pracowników gastronomii. Pokrzywdzeni sami postanowili rozwiązać problem, który w zasadzie miał wyłącznie wizerunkowy i obyczajowy charakter. Zrobili to kopiując zuchwałego Fasolę. Obwieścili światu, że to służby Putina podstępnie zwabiły dygnitarzy, upoiły alkoholem, zarejestrowały ich bełkot, aby następnie obalić rząd. Bartłomiej Sienkiewicz, jak przystało na oficera marszowym krokiem wszedł na pole, które sam zaminował. Spacer w stanie nietrzeźwości nie mógł się skończyć w inny sposób. Główne postacie wcześniejszych i późniejszych afer robiły wszystko żeby się wykpić i wybielić. Sienkiewicz postąpił inaczej. Elita III RP zamiast przeprosić za żenujące zachowanie wygenerowała intrygę dekady.

Afera podsłuchowa była cezurą dla stylu uprawiania krajowej polityki. Zaczęło się gorączkowe szukanie rosyjskich wpływów. Do tej pory przeciwnikom zarzucało się nepotyzm, korupcję, hipokryzję, lobbing, kosmopolityzm, zaściankowość a w najgorszym przypadku niedopełnienie obowiązków. Od teraz jest to zdrada, zaprzaństwo, agenturalność i szpiegostwo. Podobnie jak w przypadku innych skandali, które urozmaicały monotonię dnia powszedniego III RP afera taśmowa stała się także wysokooktanowym paliwem dla twórców teorii spiskowych.

Pomimo, że doprowadziła do "obalenia rządu" z udziałem obcego mocarstwa, nie doczekała się sejmowej komisji śledczej. Jeszcze pod koniec 2022 r. lider ówczesnej opozycji mówił, że jej powstanie jest racją stanu. Wrócił do władzy i zmienił zdanie. Słusznie, bo nawet żywa legenda polskiej Policji Paweł Wojtunik nie był w stanie wykryć, kto "stał" za nagraniem w "Sowie" jego krotochwilnej pogawędki z Panią Minister Elżbietą Bieńkowską.

Afera podsłuchowa odegrała pozytywną rolę w upowszechnianiu czytelnictwa. Książki o swoich doświadczeniach związanych z tamtymi wydarzeniami napisał jeden z kelnerów, kilku domowego chowu ekspertów od służb i Sienkiewicz.

Uwiecznienie paradnych bankietów miało także znaczenie kulturotwórcze. Do potocznego języka weszło wiele dosadnych zwrotów, zapożyczonych od pobudzonych alkoholem biesiadników, opisujących gnuśną rzeczywistość Polski za czasów koalicji PO-PSL. Jak przystało na prawnuka literackiego noblisty największy wkład miał tu wspominany koordynator. Zapewne za osiągniecia na tym polu kilka lat później został Ministrem Kultury. Na szczęście na krótko, bo z dziedzictwa narodowego zostałaby.....i kamieni kupa.

Być może jedyną zagadką okrytych już patyną wydarzeń zostaną słowa, jakich użył ówczesny i obecny szef resortu spraw zagranicznych dla określenia relacji polsko – amerykańskich. Może i lepiej, bo w tym przypadku Radosław Sikorski nie miał w sobie nic z dyplomaty ani z arystokraty.

Szklana pułapka

Na nurtujące śledczych pytanie, co skłoniło połowę rządu z przyległościami do spożywania posiłków wspólnie i w porozumieniu odpowiedź brzmi: "Próżność". Ex prezydenta, ex premiera, ministrów, prezesów NIK i NBP, sekretarzy i sekretarki stanu, prezesów państwowych spółek, szefów służb i ich koordynatora motywowała potrzeba bycia elitą i obcowania z elitą.

Do "Sowy i Przyjaciół" i do "Amber Room" po prostu wypadało wpaść. No i wpadli. W pierwszej podniebieniom VIP-ów dogadzał Robert Sowa, znany i lubiany ze znanej i lubianej TVN. Drugą, zlokalizowaną w wyszukanych wnętrzach Pałacu Sobańskich zarządzała Aldona Wejchert, wdowa po założycielu ITI i TVN. Sami swoi. W tym czasie w mieście stołecznym i okolicach funkcjonowało ponad 50 restauracji prowadzących saloniki VIP. Niestety brakowało im blichtru i splendoru godnego notabli Tuska.

Od lipca 2013 do czerwca 2014 r. ciemne limuzyny woziły dygnitarzy na Czerniaków i w Aleje Ujazdowskie, aby nie niepokojeni obecnością gawiedzi mogli cieszyć się chwilą. Przebieg niektórych pijatyk przypominał dekadencki klimat z "Wielkiego Żarcia" Marco Ferreriego, choć menu, mimo legendarnych ośmiorniczek trzeba przyznać było uboższe. Biesiady były idealną okazją aby popisać się wpływami, męskością i sprawczością. Dyskutowano o polityce krajowej i międzynarodowej, o ułomnościach koleżanek i kolegów z pracy, wielkich i małych pieniądzach, o podatkach, walkach frakcyjnych w partii, zdrowiu i pogodzie. Niestety treść i styl tych debat bardziej przypominały ludowego "Pudelka" niż prestiżowe "Politico".

Każdy kto chciał się liczyć musiał należeć do "warszawskiego mondu" ludzi możnych i z koneksjami. Wpisowe do klubu płacili podatnicy. Z biegiem czasu saloniki VIP przeobrażały się w kluby go-go no ale kto zabroni urzędnikom z tzw. "erki" zrelaksować się po długich godzinach ministerialnej harówy.

Idylla trwała na tyle długo, że personel obu restauracji przyzwyczaił się do obsługi specjalnych gości. Obrotny kelner z "Sowy" doszedł do wniosku, iż należy w jakiś sposób utrwalić przebieg tych roboczych lunchy. Jako pracownik z długim stażem w branży miał w swoim notatniku kilku priorytetowych konsumentów i jednemu z nich zdradził swoje zamiary. Marek Falenta, ambitny i sprytny przedsiębiorca wielobranżowy uznał plan za dobrą inwestycję. Do tajnego porozumienia dołączył trochę później kolega kelner z drugiej jadłodajni. Ustalono wysokość gratyfikacji (model success fee) za rejestrację rozmów, zakupiono w sieci pendrive z funkcją nagrywania i start up ruszył.

Przez prawie rok dwójka zdołała utrwalić około 100 biesiad, w których uczestniczyło prawie 90 osób. Wszyscy mniej lub bardziej związani z grupą trzymająca władzę. Nagrywani nawet przez chwilę nie podejrzewali, że kelnerzy wystąpili w podwójnej roli. Próżność okazała się silniejsza od elementarnej ostrożności. Kilku poszkodowanych, w tym Bartłomiej Sienkiewicz wpadało na posiłki w asyście funkcjonariuszy BOR, których obowiązkiem było zadbać o bezpieczeństwo tzw. czasowego miejsca pobytu osoby chronionej. Jak ustalono w śledztwie, specjalnie się tymi obowiązkami nie przejęli.

Gdyby nie snobizm, spotkania elity miałyby zapewne miejsce w ministerialnych gabinetach. Były one regularnie sprawdzane przez służby pod kątem możliwości instalacji urządzeń podsłuchowych i ochraniane przez BOR. Problem w tym, że czynownicy po pierwsze konsekwentnie lekceważyli wszelkie zasady bezpieczeństwa osobowego, a po drugie byli pewni, że to właśnie "u siebie" nie mogą czuć się swobodnie.

Premier Donald Tusk w trakcie jednej z licznych, kryzysowych narad dot. gastronomicznej hecy miał zwrócić się do funkcjonariusza ABW słowami: "Nawet dzieci w Warszawie wiedziały, że w "Sowie" podsłuchują, tylko wy nie". Na co ten odpowiedział: "To dlaczego Pańscy ministrowie tam chadzali?". Oczywiście szybko opuścił szeregi ww. formacji.

Alibi czyli fake story

W sobotę 14 czerwca 2014 r. media publikują pierwszą audio relację ze spotkań na szczytach władzy. Kilka dni później funkcjonariusze CBŚ i ABW, działając na zlecenie Prokuratury Okręgowej Warszawa – Praga zatrzymują i przesłuchują podejrzanych oraz zabezpieczają dowody popełnienia przestępstwa. Zebrany w toku czynności procesowych materiał będzie podstawą do przedstawienia zarzutów, sformułowania aktów oskarżenia i wreszcie orzeczenia prawomocnych wyroków skazujących.

Bartłomiej Sienkiewicz nie pogodził się z tak banalną rzeczywistością. Koordynatora służb specjalnych nie mogli przecież nagrać zwykli garcons. Bezzwłocznie przystąpił do preparowania alibi. Rozważał kilka opcji: spisek oficerów BOR, intryga jednej z frakcji PO, konspiracja szefów kuchni, prowokacja kelnerów i knowania koalicyjnego PSL. Wszystkie warianty były jednak zbyt miałkie. Inspiracja przyszła z zewnątrz. Reżim Putina dokonał właśnie bezprawnej aneksji Krymu, co dla b. oficera UOP i twórcy Ośrodka Studiów Wschodnich było idealnym tłem dla szpiegowskiej intrygi. Szef zaakceptował pomysł Sienkiewicza i niespełna siedem dni roboczych od wszczęcia przez prokuraturę śledztwa oświadczył z trybuny sejmowej, że jego urzędników nagrano najprawdopodobniej na zlecenie Moskwy. Na tej kanwie powstał scenariusz, imitujący chaotyczną narrację i kiczowaty styl filmów Quentina Tarantino. A zatem, Marek Falenta handluje rosyjskim węglem, co czyni za zgodą i wiedzą służb Kremla i tamtejszej mafii. Tusk skutecznie blokuje ten, jak by nie było legalny proceder. Przedsiębiorca postanowia się zemścić, w czym pomagają mu Rosjanie organizując pułapkę z pluskwami. Kelnerzy odurzają gości drogim winem i rejestrują ich wynurzenia. Falenta wykorzystuje swoje kontakty w mediach, które ochoczo publikują nagrania. W intrydze uczestniczą skorumpowani funkcjonariusze CBA i ABW oraz prokuratorzy, którzy skutecznie zacierają rosyjskie ślady. Niepośrednią rolę mają odegrać właściciele restauracji, którzy umożliwiają okablowanie saloników VIP. Półtora roku później koalicja PO-PSL przegrywa z kretesem wybory parlamentarne i w ten sposób Putin montuje w Warszawie prorosyjską administrację.

Ta wersja obowiązuje do października 2022 r.. Po tej dacie to już nie Rosjanie inicjują spisek, ale sam Falenta, który w trakcie wizyty w saunie na Syberii sprzedaje GRU cenne kompromaty. To wątek główny scenariusza. Poboczne są równie fantastyczne. Choćby ten, że Rosjanie byli o włos od finalizacji podobnego "projektu", którego celem byli amerykańscy dyplomaci w Warszawie.

Wg autorów w wielopiętrowej intrydze uczestniczyło mniej więcej 150 osób, w tym funkcjonariusze służb specjalnych i Policji, agenci CBA, prokuratorzy (niektórzy z rodzinami), biegli sądowi, sędziowie, kelnerzy i właściciele obu restauracji, technicy z CLKP, gremia kierownicze PiS i dziennikarze przynajmniej kilku stacji i redakcji. To nie spisek. To spis powszechny. Z biegiem lat scenariusz był twórczo modyfikowany. Np. w jednej z pierwszych wersji Falenta za udaną próbę obalenia rządu miał w nagrodę zachować wolność, a nawet zostać "kimś ważnym" w administracji PiS. Kiedy w wyniku ekstradycji z Hiszpanii trafił "za kratki" miał zostać ułaskawiony przez Prezydenta Andrzeja Dudę. Oczywiście ta historyjka, podobnie jak pozostałe okazała się humbugiem.

W tym kontekście ciekawy jest los i zawodowa kariera ośmiu prokuratorów, którzy mieli "skręcić" śledztwo. Jednym z nich jest Dariusz Korneluk, obecnie Prokurator Krajowy, drugi to Józef Gacek, kierujący dzisiaj śledztwem ws Pegazusa.

Nieznośny stan faktyczny

Fake story Sienkiewicza, które żyrował Donald Tusk w konfrontacji z faktami okazało się bezbronne.

Nieprawdą jest, iż Premier zlecił kontrolę w firmie zajmującej się obrotem węglem, której udziałowcem był Marek Falenta. Mistyfikację ujawnia treść raportu Zespołu nr 5 Prokuratury Krajowej (poz. nr 103). Kłamano, że Prokuratura celowo zaniechała badania rzekomego, rosyjskiego wątku. Od samego początku śledztwa brano pod uwagę każdą wersję wydarzeń, o czym regularnie informował Prokurator Generalny Andrzej Seremet. Nie jest prawdą, że właściciele restauracji "Sowa i Przyjaciele" byli w jakikolwiek sposób powiązani z rosyjskimi strukturami przestępczymi. Na żadnym etapie śledztwa nie znaleziono ani dowodów ani przesłanek wskazujących na taką okoliczność.

Nie jest prawdą, że prokuratorzy prowadzący śledztwo to wąskie grono zaufanych Ministra Zbigniewa Ziobry. Większość z nich należała do Stowarzyszenia "Lex Super Omnia", kwestionującego reformy wymiaru sprawiedliwości rządu PiS. Kolejna banialuka, to rzekomi agenci CBA, którzy mieli inspirować Marka Falentę do nagrywania polityków i następnie przekazać "taśmy" mediom. Przez cały okres trwania przestępczego procederu, a następnie śledztwa, Szefem CBA był jeden z najbardziej zaufanych ludzi Donalda Tuska Paweł Wojtunik. Audyt w CBA przeprowadzony pod jego nadzorem nie wykazał żadnych nieprawidłowości, zaniedbań czy uchybień.

Priorytetem rządu Donalda Tuska nigdy nie było zmniejszenie uzależnienia Polski od rosyjskich surowców energetycznych. W latach 2007 – 2015 faktycznie spadł import węgla kamiennego z Rosji, ale jednoczenie wzrósł udział rosyjskiego gazu ziemnego w krajowym bilansie energetycznym. Absurdem okazały się insynuacje, że konsekwencją afery podsłuchowej była dotkliwa porażka PO w wyborach parlamentarnych z 2015 r. Wyniki sondaży na kilka tygodni przed głosowaniem dawały tej formacji bezpieczną przewagę nad konkurentami. Nikt nigdy nie potwierdził mrzonek, że preludium dla zaangażowania Kremla w restauracyjny zamach stanu miała być operacja Rosjan, wymierzona w amerykańskich dyplomatów, realizowana w warszawskim klubie "Lemongrass".

O tym, że wymyślona pośpiesznie przez Sienkiewicza powiastka to klasyczne "pulp fiction" świadczą wyniki prac komisji pod dowództwem Szefa SKW Jarosława Stróżyka. Powołana przez Premiera w maju 2024 r. i zlikwidowana niespełna rok później miała między innymi zbadać aferę podsłuchową. Wybitne i drogie grono ekspertów nie zająknęło się na ten temat słowem. Identycznie w przypadku audytów w służbach specjalnych nadzorowanych przez Ministra Tomasza Siemoniaka. Ani słowa nt. udziału w domniemanym spisku wysokich stopniem i rangą funkcjonariuszy ABW i agentów CBA Lider PO raczej żartował mówiąc w październiku 2022 r. o konieczności powołania w tej sprawie sejmowej komisji śledczej. Premier od samego początku wiedział, że scenariusza tej kabały nie pisano cyrylicą na Łubiance, tylko łaciną w zadymionym gabinecie Bartłomieja Sienkiewicza przy Batorego 5. Niczym Mr. Bean podpułkownik zapoczątkował reakcję łańcuchową, która zakończyła się piękną katastrofą czyli odsunięciem od władzy jego środowiska politycznego na długich osiem lat.

Głupi i głupsi

Bez nich fundowane przez podatnika posiłki ludzi władzy miałyby wyłącznie status skandalu obyczajowego. Natchnieni przez Donalda Tuska najemnicy propagandy nieustannie fantazjują o tajnym przymierzu Falenta-Kamiński-Putin. Amatorzy i aktywistki kontrwywiadu od dekady węszą w sieci i mozolnie łączą kropki. Ich cyberśledztwa to nowe oblicze OSINTu.

Ten zaciężny oddział tworzą między innymi Klementyna Suchanow, Anna Mierzyńska, Eliza Michalik, Joanna Prokop, Grzegorz Rzeczkowski, Tomasz Piątek, Radosław Gruca, Andrzej Rozenek i Jan "Tego" Świński. Ich zbiorowe dzieło to epopeja o tym, jak handel opałem przerodził się w grę wywiadów.

Ta bezlitosna dla prawdy i zdrowego rozsądku trupa to zbiór osobliwych figur o wielu cechach wspólnych. Dzielą się z publiką tylko takimi "ustaleniami", których w żaden sposób nie można zweryfikować, typu: klub "Lemongrass" założyło dwóch oficerów ze szkoły GRU w Kaliningradzie. Mają przemożne poczucie wyższości, bo wiedzą o takich rzeczach, o jakich kontrwywiadowi się nawet nie śniło. Są wyjątkowo groźni dla każdego reżimu, więc tajne służby inwigilują ich w dni powszednie i święta. Nie są pupilami mediów głównego nurtu, co zmusza ich do wewnętrznej emigracji na peryferia infosfery. Są stale nękani pozwami przez osoby, które pomawiali i dyskredytowali, a przecież jak twierdzą robili to w "imię interesu społecznego". W przeszłości każde z nich wyleciało z jakiejś redakcji, rzecz jasna za "bezkompromisowość w walce o prawdę". Zgodnie uważają funkcjonariuszy wszystkich służb za matołów. Niezachwianie wyznają dogmat o nieomylności generałów Bondaryka, Stróżyka, Pytla i Dukaczewskiego ws afery taśmowej. Łączy ich także przyszły los. Kiedyś wszyscy wylądują w kanale ściekowym Jana "Tego" Świńskiego (Rzeczkowski już tam był). I najważniejsze. Wspólną cechą ich demaskatorskich dokonań jest fakt, iż nigdy ani służby ani organy ścigania nie zainteresowały się w najmniejszym stopniu tym, co z takim trudem wygrzebali z internetu. Gdy opadł ich zapał do wyjaśnienia kto "nagrał system Tuska", gremialnie rzucili się z pomocą amerykańskiemu wymiarowi sprawiedliwości, aby namierzyć kontakty duetu Maxwell/Epstein na Podkarpaciu. FBI odetchnęło z ulgą. Nie dziwi zatem fakt, że koalicja rządząca nie powołała komisji ds. wyjaśnienia ciągle niewyjaśnionej, jak sama twierdzi afery taśmowej, za to powołała już dwie ws. skandalu zza Oceanu.

Support do medialnych występów najemników stanowią rozpoznawalni dziennikarze, czasami z jakimś dorobkiem w tym fachu. Niestety najczęściej bezrefleksyjnie słuchali bajek o tym, że to właśnie Kreml aranżował rauty władzy. Panie i panowie nigdy nie zapytali gości klasy Tomasza Piątka "skąd Pan to wszystko wie?". Nie pytają, bo dobrze wiedzą, iż odpowiedź brzmi "wygooglowałem". W ten sposób pas transmisyjny propagandy ws. afery obraca się dalej.

Notariuszami kłamstw nt. draki sprzed 12 lat są oczywiście politycy KO. Premier Tusk zainspirował, a później konsekwentnie dopingował i sponsorował grupę "śledczych", której memiczne wynurzenia publicznie autoryzują obaj koordynatorzy specsłużb: Bartłomiej Sienkiewicz i Tomasz Siemoniak. Jednocześnie "uśmiechnięta Polska" dobrze kalkuluje, że niewyjaśniona afera to doskonale ulokowany polityczny kapitał. Rozwiązane zagadki przestają ekscytować. Zatem i w tej sprawie nie ma raczej szans nawet na "białą księgę" czy choćby coś w rodzaju tajnego aneksu do raportu o likwidacji WSI.

Partyjne szychy, przejściowo korzystające z publicznego koryta winą za swoje słabości i ułomności obciążyli dziesiątki urzędników i funkcjonariuszy państwa, insynuując przy tym ich związki z putinowską Rosją. "Klasa" polityczna.

Najsłynniejszy mieszkaniec Chobielina i prominentny uczestnik pamiętnych hulanek twierdzi, że spisek zorganizowali ci, którzy najbardziej na nim skorzystali. Zatem cui bono? W kręgu podejrzanych jest właściwie tylko premier Donald Tusk, który kilka miesięcy po opublikowaniu przez media pierwszych nagrań został Przewodniczącym Rady Europejskiej.

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także