Z tego bowiem, co wiemy, wyrzucenie Morawieckiego i jego ludzi z PiS niczego nie załatwia. Tak się bowiem składa, że jego partyjni przeciwnicy to nie jest jakaś jedna zwarta grupa. Tylko doraźne pospolite ruszenie, w którym każdy ma swoje interesy. No i przede wszystkim: każdy chciałby być przyszłym premierem.
Oznacza to, że zakończenie konfliktu z morawianami otwiera natychmiast inne wewnętrzne spory o to, kto byłby lepszym Czarnkiem od Czarnka w roli kandydata na kandydata na premiera. Jak wiadomo, miał on odbierać wyborców Braunowi i Mentzenowi. Teraz słyszymy, że część „maślarzy” chciałaby na kandydata na kandydata wysunąć Tobiasza Bocheńskiego. Po co? Żeby odbierać zwolenników Morawieckiemu.
Tak czy inaczej, dla autorów rubryk plotkarsko-politycznych nadeszły złote czasy. W życiu partii najpiękniejsze są bowiem chwile, kiedy wchodzi ona w etap radiostacji: wszyscy na siebie nawzajem nadają i nawet niespecjalnie się z tym kryją. Ten raj ziszcza się zwykle przed wyborami, gdy stary reżim upada, a nowy dopiero nadchodzi. Natomiast PiS wszedł w tryb radiostacji ot, tak po prostu, w związku ze sporem o STROP (Stowarzyszenie Rozwój Plus). I my to doceniamy.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
