Rządząca koalicja i Donald Tusk osobiście przyzwyczaili nas już do, delikatnie mówiąc, nonszalanckiego podejścia do swoich ideowych pryncypiów i obietnic, ale wyznaczenie na kandydata do Trybunału Konstytucyjnego Macieja Berka, specjalnie w tym celu odwołanego z Rady Ministrów, wzbudziło niesmak i niedowierzanie nawet wśród najtwardszych zwolenników obecnej władzy
W pierwszym roku swoich rządów gabinet Tuska zgłosił i przeprowadził przez Sejm ustawę zamykającą drogę do Trybunału Konstytucyjnego czynnym politykom i nakładającą na kandydatów na sędziów czteroletnią karencję po odejściu z rządu lub parlamentu. „Demokratyczne” media oburzały się na PiS i sędziego Piotrowicza, uznanego za symbol „upartyjniania” Trybunału (o wcześniejszych podobnych przypadkach dyskretnie nie wspominając). A teraz tym samym politykom i propagandystom każe Tusk iść w zaparte, że minister Berek to „bezstronny” prawnik, „państwowiec z krwi i kości”, który „nie jest członkiem żadnej partii”, a na listach wyborczych PO i w rządzie znalazł się jako „ekspert od legislacji”.
Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy .
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

