O takich kapłanach mówi się różnie. „Trudny człowiek na trudne czasy”, „ksiądz nawiedzony” czy „Boży szaleniec”. Gdy żyją – ich nawyk mówienia prawdy prosto z mostu jednych urzeka, a innych razi.
Jeden ze starych warszawskich księży wspomina: „Pamiętam, jak w 1983 r. z powodu jakiejś błahej sprawy załatwiałem coś w kurii na Miodowej. Jeden z urzędników kurialnych przeszedł na temat ks. Stanisława Małkowskiego. »Uważa się za szaleńca Bożego czy co? Mamy z nim same kłopoty. Już tego wytrzymać nie można«. Patrzyłem na pewnego siebie „urzędnika pana Boga” – syty, mający poczucie bezpieczeństwa pod bezpośrednim parasolem prymasa Glempa mówił o ks. Małkowskim w takim tonie, że przez chwilę chciałem mu przerwać. Nie przerwałem. Bałem się konsekwencji. Ten urzędnik nigdy nie otarł się o choćby cień zagrożeń, z którymi zmagał się ks. Małkowski. Do dziś się wstydzę, że wtedy mu nie przerwałem”.
Po o. Bronisławie Sroce odszedł właśnie ksiądz Stanisław Małkowski. Kolejny z długiego pocztu kapłanów niezłomnych. Władze komunistyczne obdarzały go wyjątkową nienawiścią.
Antykomunista intuicyjny
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
