Wybory prezydenckie w USA: Ten grilluje, kto grilluje ostatni
  • Wojciech GolonkaAutor:Wojciech Golonka

Wybory prezydenckie w USA: Ten grilluje, kto grilluje ostatni

Dodano: 138
Donald Trump
Donald Trump / Źródło: PAP/EPA / JIM LO SCALZO
20 listopada br. Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych ogłosił nowy przydział sędziów względem trzynastu okręgów apelacyjnych USA. Zwierzchnictwo nad czterema stanami, w których toczą się główne batalie prawne o wynik wyborczy, znalazło się w całości w rękach sędziów tzw. frakcji konserwatywnej.

Wprawdzie główne amerykańskie media zdążyły już ogłosić Joe Bidena zwycięzcą wyborów, a ten „medialny zamach stanu” (określenie Érica Zemmoura) spowodował z kolei falę depesz gratulacyjnych z całego świata, jednak ani prezydent Trump, ani jego współpracownicy czy zagorzali zwolennicy, którzy wciąż organizują wiece poparcia, nie odpuszczają kwestii możliwych nieprawidłowości wyborczych w tzw. swing states (stanach lawirujących wyborczo między demokratami a republikanami).

Sporu wyborczego nie rozjaśniła ponad półtoragodzinna konferencja prasowa zespołu prawnego komitetu wyborczego Donalda Trumpa z 19 listopada br. Ogłoszono na niej, że w oparciu o zebrany materiał dowodowy będą prowadzone dalsze postępowania przed sądami, najpierw tymi stanowymi, a następnie, jeśli trzeba będzie, przed Sądem Najwyższym, zaś prowadzący konferencję Rudy Giuliani raz po raz mówił o zorganizowanym oszustwie wyborczym, jednak dowodów zarzucanego oszustwa jako takich nie przedstawiono. Przeciwnicy Trumpa wykorzystali ten brak jako powód do kolejnych krytyk bezpodstawnego uporu prezydenta, podczas gdy u jego zwolenników dała się odczuć pewna niecierpliwość, granicząca u niektórych z sceptycyzmem co do możliwości wygranej.

A jednak niezależni eksperci podchodzą z bardzo dużą ostrożnością do ostatecznego wyniku wyborów, zaznaczając, że na tym etapie nie jest on jeszcze przesądzony. Warto tu przytoczyć choćby wielobarwną postać prof. Alana Dershowitza, konstytucjonalisty, który przez prawie pół wieku wykładał prawo na Harvardzie (1964–2013). Gdy idzie o przekonania polityczne, Dershowitz przejawia serce demokraty i rozum republikanina. Jest on bowiem członkiem Partii Demokratycznej, w poprzednich wyborach wspierał Hilary Clinton, a w obecnych Joe Bidena, natomiast w kwestii konstytucji uważa się za „neutralnego obywatela i libertarianina”, co w zasadzie zbliża go bardziej do obozu republikanów, nie tylko w teorii, ale także w praktyce. Tak na przykład w styczniu br. prof. Dershowitz dołączył do zespołu prawników broniących prezydenta Donalda Trumpa w czasie procedury impeachmentu (czyli usunięcia z urzędu), wszczętej przeciw niemu przez demokratów. Otóż ten amerykański konstytucjonalista w wywiadzie dla Fox News z 22 listopada uznał, że w zasadzie wszystko będzie zależało od mocy dowodów, których on sam nie zna. Zaznaczył jednak, że gdy idzie o głosy nadesłane w spornej Pensylwanii już po dacie wyborów czy o korektę wadliwych głosów (dokonanej w jednych hrabstwach, a w innych nie) Sąd Najwyższy bez wątpienia przyzna Trumpowi rację.

Przy czym w sytuacji, w której różnice ilości głosów między kandydatami wynoszą przynajmniej kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy, cała trudność skutecznej skargi polega na szybkim wykazaniu w przekonujący sposób wystarczającej skali ewentualnego oszustwa wyborczego, zanim elektorzy z poszczególnych stanów zostaną w tych stanach zatwierdzeni. Poszczególne stany muszą bowiem dokonać certyfikacji elektorów do 8 grudnia, a przecież procesy wyborcze rozstrzygają się wpierw na poziomie stanowym, a dopiero potem na poziomie Sądu Najwyższego. Jednocześnie harwardzki profesor podkreślił, że błyskawiczne przejście przez tę procedurę, wraz z przygotowaniem zeznań czy ekspertyz, wydaje mu się praktycznie niewykonywalne – chyba, że rzeczywiście istnieją przekonujące dowody na to, że program Dominion używany do liczenia głosów oszukiwał na masową skalę, jak twierdzą prawnicy Trumpa na podstawie domniemanych zeznań świadków i informatyków. Są więc dwie niewiadome: jakość zgromadzonych dowodów oraz czas.

Ze strony Sądu Najwyższego wyszedł jednak sygnał, który po części można odczytać jako dyskretną deklarację gotowości rozpatrzenia ewentualnych protestów wyborczych z największą dokładnością, tj. bez taryfy ulgowej dla Joe Bidena, obwołanego już przez media prezydentem elektem. Oto bowiem 20 listopada br. Prezes Sądu Najwyższego, sędzia John Roberts, dokonał nowego przydziału dziewięciu sędziów izby do trzynastu okręgów apelacyjnych USA. Jest to w pewnym sensie ruch zwyczajny, a zarazem konieczny po każdym zaprzysiężeniu nowego sędziego, któremu trzeba przydzielić jakiś „sektor”, a przecież świeżo zaprzysiężona Amy Conney Barrett właśnie na taki przydział czekała.

Samo nowe rozdanie nie dokonało rewolucyjnych zmian, jednak główne stany, o które toczy się spór – Pensylwania, Georgia, Wisconsin i Michigan – są obecnie wszystkie pod nadzorem sędziów z tzw. frakcji konserwatystów, którzy, co warte podkreślenia, byli onegdaj publicznie grillowani przez demokratów. Nad Georgią, w ramach podlegającego mu od lat okręgu jedenastego, pieczę ma czarnoskóry sędzia Thomas Clarence. Tenże w trakcie procedury nominacji do Sądu Najwyższego doświadczył w 1991 r. sensacyjnych oskarżeń o molestowanie seksualne. W stanowczym przemówieniu oświadczył wówczas, że jest ofiarą linczu w ramach specjalnie wykreowanego przez komisję senatu przedstawienia, komedii i cyrku. Komisji tej przewodził ówczesny senator Joe Biden.

Podobne druzgocące reputację grillowanie – tyle że z większą ilością oskarżeń – przeszedł w 2018 r. Brett Kavanaugh, pod którego podlega obecnie stan Michigan w ramach szóstego okręgu. Z resztą do oskarżeń o molestowania dodano szereg pikantnych dyskusji na temat jego rzekomego alkoholizmu czy osobistych poglądów, a wśród szczególnie gorliwie przepytujących znalazła się tym razem senator Kamala Harris, będąca obecnie kandydatką u boku Joe Bidena na urząd wiceprezydenta USA. Kolejne grillowanie, tym razem głównie za konserwatywne poglądy i chrześcijańskie przekonania, nie ominęło w październiku br. także Amy Coney Barrett, której od 20 listopada podlega stan Wisconsin w ramach siódmego okręgu. Choć Barrett adoptowała w przeszłości dwójkę czarnoskórych dzieci, insynuowano wobec niej nawet absurdalne zarzuty rasizmu. Co ważne, jeden z ówczesnych nagłówków CNNu wspominał wprost o grillowaniu Barrett właśnie przez Harris: „Kamala Harris grilluje Amy Coney Barrett w kwestii [systemu opieki zdrowotnej] Obamacare”.

Wbrew pozorom Sąd Najwyższy USA nie jest ostoją konserwatyzmu, a tym bardziej „reakcji”: niejednokrotnie sędziowie z przeważającej frakcji „konserwatywnej”, czyli nominowani przez prezydentów z obozu Republikanów, głosują w rzeczywistości po stronie sędziów z tzw. frakcji „liberalnej”, czyli nominowanych przez prezydentów z obozu Demokratów, przechylając w ten sposób szalę głosów na stronę liberałów. Również sam fakt nadzoru nad danym okręgiem nie oznacza indywidualnego ferowania wyroków, które zapadają w formie kolegialnej. Zwierzchnictwo nad okręgiem daje jednak sędziom możliwość autonomicznego podejmowania decyzji np. w postaci tymczasowego wstrzymania wykonania wyroku niższej instancji czy dokonania zabezpieczeń na etapie postępowania sądowego. I tak np. sędzia Samuel Alito, któremu w ramach trzeciego okręgu podlega Pensylwania, nakazał oddzielić głosy wyborcze, które wpłynęły po 3 listopada, od reszty.

Nowy rozdanie wewnątrz Sądu nie jest więc przesądzające (choć na skutek przetasowania Kavanaugh zastąpił „liberalną” sędzię Sonię Sotomayor w okręgu szóstym, a z kolei Barrett zastąpiła Kavanaugha w siódmym). Jest ono jednak dyskretnie wymowne: jeśli skargi wyborcze dotrą na czas do Sądu Najwyższego, na pierwszej linii znajdą się sędziowie, których wspomnienia kontaktów z tandemem Biden–Harris nie należą do najprzyjemniejszych. Ba, nie sposób wątpić, że podejdą oni wówczas do swych obowiązków z niemniejszą sumiennością, niż przepytujący ich onegdaj senatorowie Joe Biden i Kamala Harris. Ten grilluje, kto grilluje ostatni.

Czytaj też:
Ameryka Bidena będzie jak tęczowy taran

Źródło: DoRzeczy.pl
+
 138
Czytaj także