"Rosyjski trop". Berlin: Wątpliwości po sabotażu, który odciął miasto od prądu

"Rosyjski trop". Berlin: Wątpliwości po sabotażu, który odciął miasto od prądu

Dodano: 
Flagi Niemiec i Rosji
Flagi Niemiec i Rosji Źródło: Unsplash
Niemieckie media donoszą o wątpliwościach związanych z tym, kto stoi za sabotażem, który odciął dużą część Berlina od prądu.

W sobotę rano wybuchł pożar mostu kablowego nad kanałem Teltow, prowadzącym do elektrowni Lichterfelde. Przed kilka dni część Berlina pozostawała bez prądu. Sytuacja zaczęła normować się dopiero w środę.

Po pożarze ukazał się list "Grupy Wulkan", w którym aktywiści klimatyczni przyznają się do sabotażu. Dziennik "Berliner Zeitung" opublikował list na swojej stronie. "Dzisiaj w nocy udało nam się sabotować elektrownię gazową w dzielnicy Berlin-Lichterfelde. Doszło do przerw w dostawach prądu w zamożniejszych dzielnicach Wannsee, Zehlendorf i Nikolassee. Celem akcji nie były przerwy w dostawach prądu, ale energetyka oparta na paliwach kopalnych. Przepraszamy mniej zamożnych mieszkańców południowo-zachodniej części Berlina. W przypadku wielu właścicieli willi w tych dzielnicach nasze współczucie jest ograniczone" – czytamy.

Rosyjski trop

Pojawiają się jedna wątpliwości dot. tego, kto stoi za sabotażem. "Pismo, w którym skrajnie lewicowa grupa przyznaje się do sabotażu elektrowni w Berlinie, odbiega od znanego schematu. Pojawiają się spekulacje o rosyjskim tropie" – pisze "Tagesspiegel". Berliński dziennik przypomina, że Grupie Wulkan przypisuje się kilka ataków na infrastrukturę transportową, energetyczną i komunikacyjną, jakie miały miejsce od 2011 roku (m. in. podpalenie masztu energetycznego fabryki Tesli pod Berlinem w marcu 2024 r.). "Według Urzędu Ochrony Konstytucji, czyli kontrwywiadu, przynajmniej oświadczenia o odpowiedzialności za ataki wykazywały pewne podobieństwa. Służby zakładają, że autorzy tych listów to częściowo ta sama grupa osób. Grupy często nazywały się imionami islandzkich wulkanów, na przykład po ataku w 2011 r. był to „'Eyjafjallajökull'. Władze Berlina uznały także najnowsze pismo Grupy Wulkan za autentyczne, jednak niemieckie MSW wypowiada się w ostrożniejszy sposób, zaś Urząd Ochrony Konstytucji bada autentyczność oświadczenia" – informuje niemiecki dziennik.

"Pismo z przyznaniem się do odpowiedzialności nie pasuje do dotychczasowego stylu. Dotychczasowe listy były publikowane na stronach internetowych skrajnej lewicy. Tym razem został on wysłany do różnych mediów, w jednym przypadku za pośrednictwem formularza kontaktowego na stronie internetowej (nadawcy dla Berlina i Brandenburgii – red.) RBB" – pisze "Tagesspiegel".

Czytaj też:
Niepokój w Berlinie. Brak prądu po ataku lewicowych klimatystów


Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.

Zapraszamy do wypróbowania w promocji.


Źródło: Deutsche Welle / "Tagesspiegel"
Czytaj także