Po pożarze ukazał się list "Grupy Wulkan", w którym sprawcy przyznają się do sabotażu. Autentyczność listu została potwierdzona przez służby bezpieczeństwa odpowiedzialne za przestępstwa polityczne. Według eksperta ds. terroryzmu Michaela Götschenberga, pismo to jest uznawane za wiarygodne w kręgach związanych z bezpieczeństwem. Ocenił, że sposób działania pokrywa się z wcześniejszymi atakami na instalacje energetyczne
Dziennik "Berliner Zeitung" opublikował list sprawców pożaru na swojej stronie. "Dzisiaj w nocy udało nam się sabotować elektrownię gazową w dzielnicy Berlin-Lichterfelde. Doszło do przerw w dostawach prądu w zamożniejszych dzielnicach Wannsee, Zehlendorf i Nikolassee. Celem akcji nie były przerwy w dostawach prądu, ale energetyka oparta na paliwach kopalnych. Przepraszamy mniej zamożnych mieszkańców południowo-zachodniej części Berlina. W przypadku wielu właścicieli willi w tych dzielnicach nasze współczucie jest ograniczone" – czytamy.
Wiele tysięcy mieszkańców Berlina bez prądu
Atak spowodował poważną awarię zasilania, która początkowo dotknęła 45 tysięcy gospodarstw domowych i ponad 2200 przedsiębiorstw. Firma Stromnetz Berlin poinformowała w niedzielę, że udało się już przywrócić zasilanie do 7 tysięcy gospodarstw domowych i 150 klientów komercyjnych. Awaria dotknęła dzielnice Nikolassee, Zehlendorf, Wannsee i Lichterfelde.
Choć awaria jest usuwana już trzeci dzień, prądu wciąż brakuje w południowo-zachodniej części miasta. "Zimno i ciemność zmuszają wiele osób do szukania schronisk i punktów pomocy. Dziesiątki tysięcy gospodarstw domowych czeka kolejna noc bez ogrzewania, światła i ciepłej wody" – relacjonuje Deutsche Welle.
Obecnie bez prądu pozostaje ok. 14 tysięcy gospodarstw domowych w stolicy Niemiec.
Czytaj też:
Merz jak Maduro? Ostra reakcja Berlina
Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.
Zapraszamy do wypróbowania w promocji.
