Rozprawa apelacyjna rozpoczęła się 13 stycznia w obecności Marine Le Pen. W procesie jest łącznie 11 oskarżonych i potrwa on do 11 lutego. Na sali i w gmachu sądu zjawiły się setki dziennikarzy z wielu państw z różnych stron świata. Składowi sędziowskiemu przewodniczy sędzia Michèle Agi.
Śledczy zarzucali Le Pen, że w latach 2004-2016 – gdy była europosłanką – kierowała akcją nielegalnego wykorzystywania pieniędzy unijnych, mianowicie jej asystenci, zamiast pracować w Strasburgu mieli pracować na rzecz Zjednoczenia Narodowego. Co istotniejsze, Francuska Rada Stanu podtrzymała w październiku niekorzystną dla Le Pen decyzję dotyczącą zakazu sprawowania funkcji publicznych, co wyklucza się z udziału w wyborach prezydenckich, które odbędą się w 2027 roku.
Zjednoczenie Narodowe, którym kieruje Le Pen otwarcie zapowiada, że gdy dojdzie do władzy, będzie prowadzić politykę Francji jako państwa suwerennego, niepodlegającego władzy Komisji Europejskiej, przy czym nie stawia postulatu wyjścia z Unii Europejskiej. Obiecuje też podjęcie realnej walki z największym problemem Francji – rezultatami masowej migracji.
System nie dopuści Marine Le Pen do wyborów?
W pierwszej instancji liderka Zjednoczenia Narodowego została skazana na dwa lata pozbawienia wolności, grzywnę w wysokości 100 tys. euro oraz wspomniany pięcioletni zakaz sprawowania funkcji publicznych. To właśnie ten zakaz podlega natychmiastowemu wykonaniu, pomimo procesu apelacyjnego.
Po ogłoszeniu wyroku Le Pen złożyła apelację, która została zaplanowana jak wspomnieliśmy na okres od 13 stycznia do 11 lutego 2026 roku. Jednakże 15 października 2025 roku Rada Stanu, najwyższy sąd administracyjny we Francji, odrzuciła jej wniosek o zawieszenie wykonania kary zakazu ubiegania się o funkcje publiczne. Oznacza to, że Le Pen nie będzie mogła ubiegać się o urząd prezydenta w wyborach 2027 roku, nawet jeśli apelacja zakończy się korzystnym dla niej wyrokiem.
"Afera asystentów"
Sędziowie uznali liderkę francuskiej prawicy winną stworzenia w latach 2004–2016 "systemu" defraudacji funduszy wypłacanych przez unijny parlament na wynagrodzenia dla asystentów eurodeputowanych. Prokuratorzy wskazali, że asystenci w rzeczywistości pracowali wyłącznie dla Frontu Narodowego – tak wtedy nazywała się partia – i jego liderów. Szkody wyceniono na 3,2 mln euro. Podniesiono, że pieniądze wypłacane na asystentów są przeznaczone dla posła, a nie dla partii. Front nie miał wówczas posłów w parlamencie krajowym, ale miał ich sporo w PE, gdzie obowiązuje ordynacja proporcjonalna. Partia pokrywała z takich pieniędzy część swoich wydatków.
Establishment boi się wygranej kandydata Zjednoczenia Narodowego
Politycy Zjednoczenia Narodowego wskazują, że decyzja sądu o zakazie ubiegania się o funkcje publiczne nie ma nic wspólnego z zarzutami i jest działaniem o charakterze stricte politycznym, aby wyeliminować z wyborów główną faworytkę do wygranej. Wobec tego kandydatem ugrupowania w wyborach będzie prawdopodobnie prezes Zjednoczenia Narodowego Jordan Bardella.
Wobec wykluczenia Le Pen, to Bardella jest liderem sondaży.
Czytaj też:
Odzyskają kompetencje zabrane przez KE, odrzucą pakt migracyjnyCzytaj też:
Bardella w drodze na szczyt
Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.
Zapraszamy do wypróbowania w promocji.
