Przemysł pogardy spod znaku serduszka

Przemysł pogardy spod znaku serduszka

Dodano: 
Premier Donald Tusk
Premier Donald Tusk Źródło: Flickr / Kancelaria Premiera
Tomasz Rowiński Przez ponad dwie dekady obóz liberalny posługuje się zorganizowaną kampanią dyskredytacji przeciwników – zjawiskiem, które wiele lat temu zostało nazwane przemysłem pogardy, a którego obecnym głównym celem jest prezydent Karol Nawrocki.

Przemysł pogardy jest od przynajmniej dwudziestu lat znakiem rozpoznawczym obozu politycznego Donalda Tuska, usłużnych wobec niego mediów, a także jego samego. Rzeczywistość ta tak bardzo utrwaliła się w polskiej kulturze, że na stronie Wielkiego słownika języka polskiego, która jest przecież medium Polskiej Akademii Nauk, można znaleźć na ten temat notatkę. W przeszłości inspirowany przez Tuska i jego ludzi przemysł pogardy stał się swego rodzaju życzeniem śmierci wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego, potem służył do lżenia najgorszymi słowami nie tylko ludzi centroprawicowego rządu Prawa i Sprawiedliwości, czy także parlamentarnej prawicy „niepisowskiej”, ale także choćby polskich katolików. Dziś głównym jego celem jest prezydent Karol Nawrocki.

Odbieranie podstawy godnościowej

„Taki ktoś jak Nawrocki to pomyłka i wstyd dla Polski”, „Zabrać prezydentowi budżet to przestanie latać” – tego rodzaju wpisy można znaleźć pod dowolną opublikowaną w internecie informacją na temat ostatnich podróży Karola Nawrockiego czy to na CPAC, ogólnoświatowy konserwatywny kongres w Teksasie, czy też do Budapesztu w Dniu Przyjaźni Polsko-Węgierskiej, który – przypomnijmy – jest świętem państwowym w obu krajach od 2007 roku. To samo dotyczy programu SAFE. Można odnieść wrażenie, że fala nienawiści podniosła się właśnie szczególnie, gdy prezydent przeciwstawił się wzięciu udziału przez Polskę w europejskiej pożyczce zbrojeniowej i razem z prezesem Narodowego Banku Polskiego zaproponował inne rozwiązanie wykorzystujące własne zasoby naszego kraju. To ostatnio, ale tak naprawdę programowe niszczenie wizerunku prezydenta trwa od wielu miesięcy.

Metoda „przemysłu pogardy” na szczytach władzy w Polsce, dokładnie przez samego Donalda Tuska, rozgrywana jest od dawna bardzo konsekwentnie. Nie tylko zresztą wobec obecnego prezydenta. Działania i opinie, które pozostają w opozycji do głównej linii politycznej rządu od razu są przez Tuska, jego dwór i stronników, wpisywane w narrację o sprzyjaniu Rosji lub jako zagrażające bezpieczeństwu Polski. W przypadku programu SAFE przedstawiciele rządu mogli dzięki temu przemilczeć podstawowy zarzut, który kierowany jest w rozszerzanie praktyki europejskich pożyczek. I nie chodzi tylko o zwiększanie zadłużenia zagranicznego Polski, które jest znacznie gorsze od wewnętrznego długu publicznego, nad którym państwo ma kontrolę.

System pożyczek europejskich przede wszystkim jest pozatraktatowym zamachem administracji brukselskiej na suwerenność państw członkowskich Unii, który dokonuje się za pomocą systemu warunkowości adnotowanego do tych narzędzi finansowych. Na to wskazuje prezydent i właściwie cała opozycja parlamentarna i pozaparlamentarna. W dodatku w pożyczce SAFE nie bierze udziału aż osiem krajów unijnych w tym jedyni prawdziwi beneficjenci systemu unijnego, czyli Niemcy i Holendrzy. Przedstawiciele obu tych krajów uznali, racjonalnie, ten pomysł za niekorzystny dla swoich interesów. Jednak rząd polski – trzeba zapytać z jakiego powodu – w ogóle nie zamierzał dopuścić do debaty na ten temat, tylko starał się odgórnie zadekretować, że to co jest dobre dla elit brukselskich jest też dobre, jeden do jednego, dla Polski. Wobec myślących inaczej rozpoczęto kampanię dyskredytacji.

Pogarda ma przesłonić prawdę

Celem przemysłu pogardy jest bowiem kreowanie krytyków rządu i Donalda Tuska – zwykle po prostu ludzi o odmiennych od niego poglądach i szczerych patriotów – na zdrajców, osoby niebezpieczne dla kraju. Przykładem tej strategii może być wypowiedź premiera z 24 marca br. która poprzedziła posiedzenie Rady Ministrów i w całości poświęcona została sugerowaniu, że Karol Nawrocki, człowiek ścigany, jako prezes IPN, listem gończym przez Federację Rosyjską, spotykając się z Viktorem Orbánem służy Moskwie.

„Jest mi bardzo przykro, że czy przez brak kompetencji, czy ze względu na swoje poglądy – bo tego się najbardziej boję, że są to poglądy pana prezydenta, które kazały mu wyjechać do Budapesztu i wspierać pana Orbána w tak kluczowym momencie historii – niestety też na to wpływu nie mam” – mówił Donald Tusk.

„Jest pan prezydentem Polski i ma pan obowiązki polskie, a nie rosyjskie” – zakończył z przytupem premier parafrazując zanany bon mot Romana Dmowskiego.

Jednak znów chodziło w tej wypowiedzi o coś więcej. O ukrycie prostego faktu złożoności życia politycznego, które wymyka się często prostej polaryzacji, która jest korzystna dla wewnątrzkrajowych interesów dużych central partyjnych. Możemy nie zgadzać się z niektórymi, może nawet wieloma, aspektami polityki Viktora Orbána, tej wewnętrznej i tej zagranicznej, jednak równocześnie stanowi on ważny element unijnej opozycji wobec imperialnych zapędów Brukseli. Nawet gdyby jednak Orbán miał same wady, zasadą suwerennej polityki jest rozmawianie niemal z każdym, choćby po to by inni nas w tym nie wyręczali ponad naszymi głowami. Dzień Przyjaźni Polsko-Węgierskiej był dobrą okazją do spotkania, pośrednie poparcie Orbana w kończącej się kampanii wyborczej można uznać po prostu za dyskusyjne. Amerykańska czy niemiecka dyplomacja nie brzydzi się kontaktów nie tylko z użytecznym dla nich Budapesztem, ale nawet i z Moskwą. Cóż, można polemizować z wyborami politycznymi prezydenta, ale czym innym jest używać merytorycznych argumentów, a czym innym siać pogardę i nienawiść.

Definicja pogardy

Przybliżmy się jednak bardziej do rdzenia przemysłu pogardy. Jak go zdefiniowali specjaliści Polskiej Akademii Nauk? Jest to „zorganizowane działanie, mające na celu zdyskredytowanie jakiejś osoby lub idei i obniżenie jej pozycji w ocenie społecznej, odbywające się przy użyciu wszelkich metod i środków, także uważanych powszechnie za nieetyczne”. Definicja ta brzmi dość chłodno, ale mówi w zasadzie to, co potrzeba. Rozszerzająco temat opisywał już w 2010 roku Piotr Zaremba w tekście, który został zatytułowany wprost właśnie interesującym nas tu wyrażeniem („Przemysł pogardy”, 5 czerwca). Zarembę uważa się zresztą za autora, który wprowadził to określenie do języka debaty.

„Rzecz w tym, że o ile promotorami wojny z Platformą [...] byli sami politycy, [...] którzy walili nieraz na oślep w imię swoich racji, o tyle przeciw nim zorganizowano coś, co nazwałbym przemysłem pogardy i odzierania z godności, mobilizując do tego didżejów, autorów pozornie niepolitycznych programów telewizyjnych, aktorów i piosenkarzy” – pisał jeden z najbardziej znanych wówczas komentatorów politycznych w Polsce.

Tyle, że tekst ten ukazał się już w fazie pierwszej poważnej refleksji nad omawianym tu zjawiskiem, które wcześniej nie miało nazwy, niespełna trzy miesiące po katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Jedną z jej okoliczności była kampania nienawiści przeciwko prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i w efekcie rozdzielenie wizyt rządowej i prezydenckiej w Katyniu. Wcześniej, bo już w 2007 roku, niedługo po upadku rządu Jarosława Kaczyńskiego, padły słynne słowa Radosława Sikorskiego o „dorzynaniu watahy”, które powszechnie zostały odebrane jako skierowane przeciwko opozycji politycznej.

Media liberalne w niezliczonej liczbie publikacji przez kolejne lata powtarzały choćby słowa z tekstu „Die Tageszeitung” (26 czerwca 2006), w którym Lecha Kaczyńskiego porównano do kartofla, a jednocześnie szydziły ze wskazujących na niestosowność takich publikacji. Może i byłaby to „niegroźna satyra”, gdyby równocześnie nie trwała antykampania wizerunkowa wobec Lecha Kaczyńskiego. Była ona rozkręcona tak radykalnie, że opinia publiczna przeżyła pewnego rodzaju szok, gdy nagle po 10 kwietnia 2010 roku media zostały dosłownie zalane przez zdjęcia i nagrania pokazujące uśmiechniętego, a czy nawet śmiejącego się Lecha Kaczyńskiego i jego żonę. Wcześniej oglądaliśmy dosłownie tylko złe ujęcia, wykrzywioną twarz, miny które łatwo było stylizować na przykłady antypatycznej osobowości. Nie był to przypadek. Każdej często fotografowanej osobie można zrobić tego rodzaju krzywdę. Jeśli chodzi o Lecha Kaczyńskiego była to wola polityczna. To oczywiście tylko dwa przykłady stałej pracy nad zohydzeniem Polakom ich prezydenta.

Metody niszczenia

Jaka jest dynamika przemysłu pogardy? Donald Tusk nadaje mu zwykle jedynie kierunek, stosując zresztą razem z wierchuszką swojej partii, od lat podwójną metodę. W dawniejszych latach słyszeliśmy z jego ust o „polityce miłości”, a niemal w przededniu wyborów parlamentarnych 2023 roku dotarła do nas obietnica, że dzień do ogłoszeniu zwycięstwa ekipy Tuska wojna polsko-polska zostanie zakończona. Równocześnie jednak zwolennicy, z pomocą wiecowych i internetowych prowodyrów byli nakręcani do coraz bardziej żywiołowej nienawiści. Hasło „J***ć PiS (i Konfederussię)” i wiele innych ohydnych działań było promowane przez ludzi opłacanych z pieniędzy bliskich PO/KO.

W kampanii prezydenckiej na podstawie artykułu Andrzeja Stankiewicza i Jacka Harłukowicza próbowano bezpodstawnie utrwalić wizerunek Karola Nawrockiego jako osoby uwikłanej w sutenerstwo. Z ich tekstu nie wynikało, że tego rodzaju oskarżenie da się obronić; jednak przyboczni Tuska zareagowali od razu. „Niech ten, kto za młodu nigdy nie próbował sutenerstwa pierwszy rzuci kamieniem” – napisał na x.com Radosław Sikorski. Ten sam, który sugerował, że na CPAC prezydent powinien latać za własne pieniądze, choć w przeszłości trafił na wcześniejszą edycję tego samego wydarzenia za środki publiczne. Ten sam także, któremu marzyło się dożynanie watahy. W tym wszystkim nie ma przypadku. Wydawnictwo o oryginalnej nazwie „Instytut Zarządzania Informacją” szybko, już w 2025 roku, wydało książkę Aleksandry Sarny pod tytułem „Alfons” (wcześniej autorka opublikowała książkę o Andrzeju Dudzie zatytułowaną „Debil”). Mocodawcą w tym wydawnictwie jest Jan Piński, człowiek nazywany w mediach „prawą ręką”, „PR-owcem” lub nawet „przyjacielem” Romana Giertycha, przez lata głównego siewcy nienawiści w talii asów Donalda Tuska. Tak to zresztą wyglądało i w innych przypadkach, niedoważone sensacje medialnych cyngli w farmach trolli były przekuwane na „fakty medialne” i propagowane za pomocą mediów społecznościowych.

Głębszą konsekwencją przemysłu pogardy jest jednak to, że niszczy on w konsumentach jego treści moralne opory przed działaniami nie tylko niemoralnymi ale też po ludzku obrzydliwymi. A czymś takim były hejterskie ataki na córkę Karola Nawrockiego po tym, jak pojawiła się ona w mediach razem z rodzicami niedługo po wyborach. Media zwracały uwagę, że gdy sprawa hejtu wobec dziecka trafiła do prokuratury szybko okazało się, że wśród osób kierujących nienawistne słowa w kierunku Kasi Nawrockiej znalazły się przedstawicielki zawodów zaufania publicznego: lekarka i nauczycielka.

Ataki nie omijały także pierwszej damy, czyli Marty Nawrockiej, która przez długie miesiące była atakowana przez „ekspertki” modowe za to, co na siebie zakładała w czasie wystąpień publicznych. Nie oszczędzono jej także przykrych komentarzy w związku ze zdenerwowaniem w czasie wywiadu dla TVN24. Czy jednak chodziło tylko o brak medialnego doświadczenia, czy o przykrycie tego co Marta Nawrocka powiedziała istotnego – choćby w sprawie ochrony życia ludzkiego – i co nie mogło zmącić dobrego samopoczucia widzów stacji z ulicy Wiertniczej.

„Wstawili ją do scenografii kapiącej złotem, ustrojonej kwieciem jakby nie było innego kadru z pałacu tylko kaplica pogrzebowa w Las Vegas. Pięknie się to komponowało z jej hobby: oprócz rodziny lubi poświęcać czas strzelaniu, nie biciu po mordach w ustawkach. Szacun. Nadawałaby się na ochroniarkę prawdziwej pary prezydenckiej – Trzaskowskich, a jeszcze lepiej Anne Appelbaum z mężem. (...) Ktoś jednak postanowił ocieplić wizerunek prezydentowej. Tylko dlaczego słomą? (...) W głowie prezydentowej głębsze myśli się raczej nie kłębią, nie jest Lecem z "Myśli nieuczesanych". Więcej czasu niż przygotowanie intelektualne zajęło maskowanie tego czesaniem i prasowanie jej włosów, żeby się nie ruszały gdy zarzucała nerwowo głową łowiąc nią coś sensownego” – napisała w mediach społecznościowych pisarka i polityczna hejterka Manuela Gretkowska w tekście zatytułowanym Pierdzenie i stepowanie.

Jak daleko leży ta i podobne wypowiedzi od klasy, którą pokazał poseł Lewicy Łukasz Litewka: „Miałem możliwość poznać i porozmawiać z Martą Nawrocką, odbieram ją jako osobę, która jest ciepła i serdeczna. Nie zazdroszczę jej, praktycznie z dnia na dzień musiała zostawić swoje „stare życie” i wejść w zupełnie inne, nieznane dotąd otoczenie – oczekiwania są ogromne”.

Mogłoby się wydawać, że tego rodzaju reakcje wynikają wprost z porażki w wyborach prezydenckich przedstawiciela warszawskiej inteligencji i trzęsącego mediami mieszczaństwa i zwycięstwa pierwszego od czasów Lecha Wałęsy przedstawiciela warstwy ludowej. Jednak konsekwencja, z jaką Donald Tusk i jego polityczni przyjaciele posługują się w swoich rozgrywkach politycznych nienawiścią wskazuje, że nie to jest decydujące. Po prostu taką ma obecny premier metodę na wykorzystywanie zła przeciwko ludziom, którzy stają mu na drodze. Pewnie nawet nie przychodzi mu do głowy, że w rzeczywistości działa przeciwko Polsce. Czy ona jednak w ogóle go obchodzi?

Tekst powstał w ramach programu analiz Instytutu Ordo Iuris

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także