Nie milkną spekulacje dotyczące pobytu Marcina Romanowskiego w Naddniestrzu. "Gazeta Wyborcza" podała, że polityk PiS może korzystać z pomocy księży sercanów, którzy prowadzą parafie w regionie, w tym w Tyraspolu. Zakon stanowczo temu zaprzecza. – Absolutnie żadnego kontaktu ze strony Romanowskiego ani jego otoczenia nie było – zapewnia ks. Włodzimierz Płatek, rzecznik Prowincji Polskiej Księży Sercanów.
Sprawa nabrała rozgłosu po tym, jak do Sądu Okręgowego w Warszawie wpłynął wniosek Marcina Romanowskiego o wydanie listu żelaznego. Sędzia Anna Ptaszek poinformowała, że z pisma i koperty wynikało, iż przesyłkę nadano w Tyraspolu, stolicy separatystycznego Naddniestrza.
Premier Donald Tusk poinformował z kolei, że według informacji uzyskanych od służb innych państw regionu Romanowski "na 99 proc." przebywa właśnie w Tyraspolu. – Chyba nie trzeba tu komentarzy. Sam ten fakt wystarczy za cały komentarz na temat nie tylko pana Romanowskiego, ale całej formacji politycznej, która korzystała z takich ludzi, kryła i do dziś ich kryje – stwierdził Tusk.
"Kaczka dziennikarska"
"Gazeta Wyborcza" podała, że Romanowski prawdopodobnie korzysta z pomocy księży sercanów. Zakon prowadzi w Naddniestrzu pięć parafii, w tym jedną w Tyraspolu. Dziennik zwrócił również uwagę, że sercaninem jest ks. Michał O., oskarżony w śledztwie dotyczącym Funduszu Sprawiedliwości, który w czasie rządów PiS nadzorował Romanowski jako wiceminister sprawiedliwości.
Rzecznik Prowincji Polskiej Księży Sercanów ks. Włodzimierz Płatek stanowczo odrzuca jednak sugestie o udzielaniu pomocy politykowi PiS.
– Łączenie sercanów z tą sprawą to kaczka dziennikarska. Rozmawiałem z przełożonym Dystryktu Mołdawskiego, księdzem Marcinem Janusiem, i mam jego oficjalne stanowisko. Absolutnie żadnego kontaktu ze strony Romanowskiego ani jego otoczenia nie było z żadnym księdzem w Tyraspolu. Duchowni absolutnie nic nie wiedzą na ten temat. To totalne bzdury wyssane z palca – powiedział ks. Płatek gazecie "Fakt".
Duchowny sprostował również informacje dotyczące "polskich parafii" w Naddniestrzu. – Nie są to polskie parafie, lecz naddniestrzańskie, ponieważ pracujący w nich księża posługują miejscowej ludności, a nie wyłącznie Polakom. Siłą rzeczy, jako Polacy pracujący w tym regionie – choć mamy już także księży miejscowych – mają oni kontakty z rodzinami polskiego pochodzenia, osobami mającymi polskie korzenie czy z polską ambasadą. To jest zupełnie normalne – tłumaczył. – Prawdą jest, że w Naddniestrzu mamy pięć parafii, ale nie są one polskie – podkreślił rzecznik sercanów.
Czytaj też:
"Cenny nabytek Putina". Wiceminister o Romanowskim Czytaj też:
"Wiemy, kto rozdaje karty". Tusk o sytuacji Romanowskiego
