Unijny mechanizm genderowego zniewolenia. Jak lewica pożera "prawicę"
  • Paweł LisickiAutor:Paweł Lisicki

Unijny mechanizm genderowego zniewolenia. Jak lewica pożera "prawicę"

Dodano: 39
Unia Europejska, zdjęcie ilustracyjne
Unia Europejska, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Unsplash
Przynależność do Unii Europejskiej pociąga za sobą prędzej czy później wprowadzenie rewolucji genderowej i nieuchronnie prowadzi do zniszczenia chrześcijańskiej tożsamości praktycznie każdego narodu – to pierwszy wniosek, który narzuca się każdemu bezstronnemu obserwatorowi sytuacji politycznej w Europie.

I drugi: Im bardziej dany polityk myśli o karierze w unijnych instytucjach, tym bardziej jego działania są niebezpieczne dla interesu jego własnego państwa. Nie, nie piszę teraz o aktywności Donalda Tuska, o planach liberalizacji ustawy aborcyjnej, o pigułce „dzień po”, o pomysłach konkursów na tęczową szkołę, o gotowej do ataku na Polskę rzeszy genderowych pseudoedukatorów, ale o planach „konserwatywnego” premiera Grecji, Kyriakosa Mitsotakisa.

Otóż polityk ten, idąc śladem innych współczesnych „konserwatystów”, jak wcześniej David Cameron, premier Wielkiej Brytanii czy Angela Merkel, kanclerz Niemiec, uznał, że najlepszą formą obrony wartości prawicowych będzie ich zniszczenie.

Nowa grecka ustawa

Mitsotakis przygotował nową ustawę, która ma być przegłosowana w parlamencie greckim w przyszłym tygodniu i która zezwoli parom homoseksualnym adoptować dzieci. Pary homoseksualne mają być traktowane jak normalne małżeństwa. Nie wiadomo, czy Mitsotakisowi uda się osiągnąć cel i zdobyć poparcie większości. Wielu posłów jego własnej centro-prawicowej partii Nowa Demokracja, twierdzi, że nie zagłosuje za projektem. Na szczęście przeciw pomysłom ostro i stanowczo występuje grecka Cerkiew Prawosławna. Biskupi organizują protesty i demonstracje a metropolita Pireusu Serafim ostrzegł, że “ci, którzy zagłosują za tym rozwiązaniem nie mogą pozostać członkami Kościoła”. Cerkiew może czuć się dodatkowo oszukana, bo od 2015 roku obowiązuje w Grecji ustawa o związkach partnerskich. Gdy ją wprowadzano rząd obiecał hierarchom, że jeśli chodzi o kwestie obyczajowe żadnych zmian już nie będzie. W ten sposób zneutralizował ewentualny silny opór. Jak widać słowa nie dotrzymał.

Warto zobaczyć w jaki sposób swój pomysł uzasadnia premier Mitsotakis, bo posługuje się on dokładnie takimi samymi argumentami jak inni „konserwatywni” przywódcy przed nim i jakimi będą się posługiwać zwolennicy przewrotu w Polsce.

Uznanie małżeństw jednopłciowych, mówił Mitsotakis, jest kwestią równości. Argumentacja egalitarna podana jest w sosie „chrześcijańskim”. Otóż czułe serce pana Mitsotakisa nie mogło ścierpieć tego, że w Grecji „istniały dwie klasy obywateli”, tak jakby homoseksualiści w parach byli dziećmi gorszego Boga. Jak zwykle w takich przypadkach dewiacja i perwersja traktowane są na równi z normą, a sprzeciw wobec rewolucji jest objawem ciasnoty serca, małoduszności itd. Państwo przyznaje małżeństwom naturalnym, a więc związkowi mężczyzny i kobiety szczególne przywileje prawne i publiczne dlatego, że co do zasady tylko z nich przychodzą na świat dzieci i tylko w nich możliwe są do przekazania dzieciom wzorce męskości i kobiecości. Relacje osób jednej płci są pod tym względem jałowe.

Prawica na wojnie

Jak podaje Politico prawdziwym motywem działania greckiego premiera nie jest czułe serce, ale nadzieja na awans w unijnej biurokracji. Nowa ustawa ma pozwolić Mitsotakisowi robić karierę w instytucja unijnych po zakończeniu urzędowania. Mamy zatem do czynienia z uniwersalnym mechanizmem używanym we wszystkich państwach Unii: Poparcie dla genderyzmu jest przepustką na salony. Chcesz piąć się po drabinie i odnosić sukces, dołącz do stadka i śpiewaj razem z całym chórem. Czy Grekom uda się uratować przed walcem postępu nie wiadomo. Będę trzymał za nich kciuki. Pewne jest jedno: byłoby im znacznie łatwiej, gdyby nie dwulicowość polityków „prawicy”. O ile Cerkiew mogła się spodziewać ataku ze strony liberalnej lewicy, to cios z ręki pana Mitsotakisa przyszedł niespodziewanie. W toczącej się wojnie kulturowej nikt nie jest równie niebezpieczny jak farbowana prawica, brzmi morał.

Dlatego, kiedy słyszę i widzę sympatycznych skądinąd kandydatów polskiej prawicy, którzy, jak Tobiasz Bocheński, zaczynają swoją kampanię w Warszawie od odcinania się od wcześniejszych wypowiedzi na temat zagrożenia ze strony ruchu LGBT cierpnie mi skóra. Od razu podejrzewam, że chce się mnie zwieść i oszukać. Że mam do czynienia z kolejnym wcieleniem tzw. miglanca, a więc polityka plastikowego, który gdy się go tylko nieco przymusi, będzie śpiewał jak wszyscy.

Słyszę, że w Warszawie nie można inaczej, że tacy są tu wyborcy, że to jest sprytna strategia. E tam, sprytna. „Zostałem złapany jako młody wojewoda na konferencji prasowej i tak powiedziałem” – tak polityk PiS tłumaczył się z wypowiedzi z 2020 r., w której wspomniał o "wirusie LGBT". Wspomniał słusznie, bo ideologia genderyzmu rozwija się bardzo podobnie do wirusa, infekując po kolei różne warstwy społeczne. Dziś mówi: „To była głupia decyzja z mojej strony. Jedyny raz wypowiedziałem się na temat, na który nigdy się nie wypowiadam. Jedyny raz zabrałem na ten temat publicznie głos. To nie jest część mojej agendy politycznej. Wypowiedź kuratora i moja nieumiejętność konferencyjna były głupie w tamtym czasie”.

Nie wiem, kogo to ma przekonać. Rozumiałbym jeszcze, gdyby pan Bocheński zadeklarował, że to nie jest temat jego kampanii wyborczej. Ale odcinanie się od własnych słów i przepraszanie jak najgorzej rokują na przyszłość. Tym bardziej, że Bocheński zdążył już zadeklarować, że nie zakazałby parady równości. Nawet się nie zastrzegł, mówiąc, że wszystko zależałoby od spełnienia warunków zapisanych w prawie. Cel jest jeden: nie być postrzeganym jako polityk skrajny. Przy czym skrajność wyznaczana jest przez to, co za nią uważa lewica.

Odważna minister na Słowacji

Żeby nie było tak ponuro i żeby nie okazało się, że sprawa tęczowej rewolucji jest przesądzona, nikt nie umie się jej przeciwstawić i mamy do czynienia tylko z kolejnymi wcieleniami polityków plastusiów to zaskakującą odwagą wykazuje się z kolei nowa minister kultury Słowacji, wspierana zresztą przez postkomunistycznego premiera Roberta Fico.

Martina Šimkovičová w styczniu zapowiedziała, że odetnie organizacje LGBT od wsparcia finansowego z publicznych pieniędzy. „Organizacje LGBTI+ […] nie będą już dłużej pasożytować na pieniądzach z resortu kultury. Na pewno nie pozwolę na to pod moim przywództwem” – decyzja Šimkovičovej pojawiła się w oficjalnym oświadczeniu ministerstwa jakie zostało zamieszczone na Facebooku. Minister stwierdziła, że odrzuca “postępową normalizację”, a jej podstawowym celem jej resortu jest „powrót do normalności”.

Wielu polskich prawicowych publicystów może kręcić nosem, bo pani Šimkovičová jednocześnie stwierdziła, że zamiera wznowić kontakty kulturalne z Rosją i Białorusią. Podobnie zachowuje się jej szef, Robert Fico, który nie chce finansować i wspierać militarnie Kijowa. Cóż, tak się dziwnie składa, że realny sprzeciw wobec tęczowej rewolucji wyrażają w Europie często ci politycy, którzy jednocześnie nie chcą potępiać Rosji za wojnę na Ukrainie. Media liberalne nazywają tę postawę „prorosyjską”, tyle, że to propagandowe fałszerstwo. Niechęć do zaangażowania na rzecz Ukrainy nie jest tym samym co opowiadanie się po stronie Moskwy.

Tak czy inaczej pytanie jest ciekawe: dlaczego twardzi obrońcy przed ideologią genderową na ogół są sceptyczni wobec wsparcia dla Ukrainy? I odwrotnie: dlaczego zaangażowanie na rzecz wojny z Rosją idzie w parze z otwartością na rewolucyjne zmiany obyczajowe? Premier Grecji na przykład nim wypichcił obecną tęczową ustawę pokazał, że jest stałym i zagorzałym orędownikiem przystąpienia Ukrainy do NATO a kilka miesięcy temu podpisał w Atenach razem z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim specjalną deklarację w tej sprawie. Być może to przypadek. A być może nie?

Czytaj także