„Prawda broni się sama” – mówi popularne powiedzenie. Gdyby tak było rzeczywiście, Andrzej Solak nie musiałby pisać swojej książki, bo nie byłoby o czym. Nakładem wydawnictwa Sumus ukazała się właśnie praca pt. „Rycerze Chrystusa”. Autor ukazuje czytelnikowi ludzi, którzy w różnych czasach i miejscach bronili mieczem Kościoła katolickiego. Łączyło ich jedno: mocne przekonanie, że trzeba aktywnie walczyć w obronie prawdziwej wiary, tępiąc herezję.
Chrześcijaństwo bez kompromisów
Wydaje się, że to postawa z minionej, zamierzchłej epoki – sprzed Soboru Watykańskiego II, może nawet sprzed drugiej wojny światowej. Kiedyś istniała inkwizycja, byli heretycy, Kościół nakładał karę ekskomuniki za błędy – ale dziś przecież tak się nie dzieje. Od czasów Jana XXIII mamy do czynienia z nową perspektywą: błędowi pozwala się funkcjonować obok ortodoksji, w przekonaniu, że z czasem wszystko ułoży się samo. Przykładów jest aż nadto. Niedawno pisałem w „Do Rzeczy” o zakończonej w Niemczech „drodze synodalnej” („DRz” nr 11/2026). Za Odrą w ostatnich latach pogwałcono cały szereg katolickich doktryn, wielokrotnie zlekceważono prawo kanoniczne. Reakcja Watykanu, jeżeli w ogóle była, to bardzo słaba – trochę krytyki, ale tylko tyle, by pozwolić Niemcom trwać przy swoim. Podobna sytuacja panuje w wielu innych krajach świata: biskupi nie ukrywają, że odchodzą od wiary. Czują się bezkarni – i słusznie, bo kar rzeczywiście nie ma. Czytając książkę „Rycerze Chrystusa” Andrzeja Solaka, warto się zastanowić, co by było, gdyby taką samą metodę Kościół stosował w przeszłości. Gdyby zamiast walki z herezją stawiano na bierność… Być może do rozpadu Christianitas doszłoby o wiele wcześniej niż w XVI w. na skutek wystąpienia Marcina Lutra. Heretycy przejęliby kontrolę nad kościołami już u progu XV stulecia, za czasów Jana Husa, albo w XII w., kiedy szerzył się ruch katarski.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
