W grudniu 2025 roku, podczas wizyty Władimira Putina w Delhi, rosyjski prezydent i premier Indii Narendra Modi podpisali porozumienie, które w komunikatach przeszło niemal niezauważone obok rozmów o ropie i uzbrojeniu. Dokument o mobilności pracowniczej opiewał na kwotę przekraczającą 70 tysięcy wiz dla obywateli Indii na rok 2026. Dla gospodarki był to sygnał, że kraj, który przez lata żył przekonaniem o własnej samowystarczalności ludnościowej, zaczyna rozglądać się po świecie za pracownikami.
Skala tego zwrotu staje się bardziej zrozumiała dopiero, kiedy przyjrzymy się liczbom. Borys Titow, specjalny przedstawiciel Kremla do spraw współpracy z organizacjami międzynarodowymi w obszarze zrównoważonego rozwoju, zapowiedział w grudniu 2025 roku agencji RIA Novosti, że w 2026 roku przyjedzie z Indii co najmniej 40 tysięcy pracowników. Liczba wydaje się niewielka, dopóki nie zestawi się jej z trajektorią: w 2022 roku Rosja wydała Hindusom około 8 tysięcy pozwoleń na pracę, w 2023 ponad 14 tysięcy, a w 2024 już 36 tysięcy. Indyjski ambasador w Moskwie Winaj Kumar oceniał na początku 2026 roku, że na koniec 2025 roku pracowało w Rosji już od 70 do 80 tysięcy jego rodaków.
Dziura, której nie da się zasypać
Przyczyna jest jedna i dobrze znana. W Rosji brakuje ludzi do pracy, a wojna ten brak pogłębiła. Ministerstwo Pracy Federacji Rosyjskiej szacuje, że do 2030 roku gospodarka będzie potrzebować blisko 11 milionów nowych pracowników, a Wyższa Szkoła Ekonomiczna w Moskwie wyliczała, że już na koniec 2024 roku firmom brakowało około 2,6 miliona rąk. Bezrobocie utrzymuje się poniżej 2,5 procent, co w normalnej gospodarce byłoby powodem do dumy, a w rosyjskiej jest objawem choroby. Nie ma kim obsadzić wakatów. Źródła tego zjawiska należy szukać jednak głębiej niż tylko front wojenny, bo na rynek pracy wchodzi dziś mniej liczna generacja urodzona w czasie zapaści demograficznej lat 90. Wojna tylko dołożyła swoje: setki tysięcy mężczyzn w wojsku i zbrojeniówce, fala emigracji i straty na froncie.
Przez dekady tę dziurę łatano migracją z byłych republik radzieckich, przede wszystkim z Azji Środkowej. Ten mechanizm jednak się zacina. Salavat Abylkalikov, badacz wizytujący na Uniwersytecie Northumbria w Wielkiej Brytanii, w analizie dla "Carnegie Politika" z maja 2026 roku tłumaczył, że pracownicy z tego regionu mają dziś atrakcyjniejsze kierunki niż Rosja. Są nimi rynki Europy, Azji Wschodniej i Zatoki Perskiej, a sama Rosja, osłabiona sankcjami i stagnacją, straciła na atrakcyjności. Doszła do tego polityka: po zamachu w sali koncertowej Crocus City Hall w Krasnogorsku w marcu 2024 roku, w którym zginęły co najmniej 143 osoby, a odpowiedzialność wzięło na siebie Państwo Islamskie, władze zaostrzyły przepisy odnoszące się do imigrantów z Azji Środkowej.
Dlaczego akurat Indie?
Wybór Indii nie wynika wyłącznie z tego, że Hindusów jest dużo, ale kryje też za sobą logikę finansową. Rajan Kumar, znawca Rosji z Uniwersytetu Jawaharlala Nehru w Delhi, w rozmowie z Deutsche Welle wskazywał, że Rosja prawdopodobnie będzie płacić indyjskim pracownikom w rupiach, które gromadzą się jej na kontach w wyniku handlu ropą. Wymiana handlowa sięga około 70 miliardów dolarów rocznie, ale Rosja kupuje w Indiach towary za zaledwie około 5 miliardów. Reszta to rupie, których nie ma jak wydać poza Indiami, a zatrudnienie hinduskich robotników jest sposobem na ich zagospodarowanie.
Dla Indii ruch w drugą stronę też ma sens. Indie mają nadwyżkę młodych ludzi, których własna gospodarka nie wchłania. Według rocznego raportu z badania siły roboczej PLFS, opublikowanego w marcu 2026 roku, bezrobocie wśród osób w wieku 15-29 lat wynosiło 9,9 procent, a w miastach sięgało 13,6 procent. Im lepiej wykształcony młody Hindus, tym częściej nie znajduje pracy odpowiadającej kwalifikacjom. Wyjazd do Rosji, na budowę albo do zakładu przetwórstwa, bywa dla wielu jedynym wyjściem.
Rajan Kumar opisywał to bez ogródek: rosyjskie firmy celują w pracowników z wiejskich Indii, do gorzej płatnych zajęć. "Nie są wykształceni, nie mają środków. Dla nich liczy się pensja" – skomentował dla brytyjskiego dziennika The Telegraph. Mumbajskie agencje rekrutacyjne reklamują "pełne wsparcie przy pracy w Rosji", obiecując wyżywienie i dobrą pensję. Według szacunków Kumara migracja z Indii do Rosji w latach 2025-2026 mogła objąć nawet około 250 tysięcy osób. Znacznie więcej, niż wynika z oficjalnych cyfr.
Nad całym przedsięwzięciem wisi jednak cień, którego rosyjskie i indyjskie komunikaty wolą nie dostrzegać. Część Hindusów, którzy wyjechali do Rosji "do pracy", trafiła na front w Ukrainie. Tygodnik Time opisywał historie mężczyzn zwerbowanych pod pozorem zatrudnienia, a następnie wcielonych do wojska. W nagraniach krążących w sieci siedmiu Hindusów w rosyjskich mundurach błagało o pomoc, twierdząc, że zmuszono ich do walki groźbą dziesięciu lat więzienia za nielegalny wjazd. Indyjskie MSZ potwierdziło śmierć kolejnych obywateli na froncie, a premier Modi osobiście poruszał sprawę najemników u Putina. Te historie rzucają cień na obecną falę "legalnej" migracji. Pokazują one, jak płynna bywała w rosyjskich realiach granica między kontraktem na budowę a kontraktem wojskowym, i jak desperacja ekonomiczna młodych ludzi z Globalnego Południa stawała się surowcem dla machiny wojennej.
Kabul wchodzi do gry
Drugim, jeszcze bardziej zaskakującym kierunkiem jest Afganistan. 14 maja 2026 roku Siergiej Szojgu, sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, ogłosił, że Rosja i rządzący Afganistanem talibowie ustanowią formalne partnerstwo obejmujące bezpieczeństwo, handel i pomoc humanitarną. Dwa tygodnie później, 27 maja, Szojgu i talibski minister obrony Mohammad Jakub Mudżahid podpisali na marginesie konferencji bezpieczeństwa pod Moskwą porozumienie o współpracy wojskowo-technicznej. Jego pełna treść pozostaje niejawna.
W medialnym szumie o "pakcie obronnym" umknął jednak element, który może być najważniejszy. W analizie dla portalu The Diplomat z czerwca 2026 roku zwrócono uwagę, że zapisy o bezpieczeństwie mogą odzwierciedlać intencje, ale bardziej bezpośrednia korzyść po stronie rosyjskiej wydaje się dotyczyć niedoboru siły roboczej. Afganistan zgodził się dopuścić ograniczoną liczbę pracowników, w rolnictwie i innych zawodach, do pracy w Tatarstanie i Czeczenii, co było pierwszym krokiem do szerszego wysyłania afgańskich rąk do innych części Rosji.
Ten proces zaczął się wcześniej, niż mogłoby się wydawać. Już 20 czerwca 2025 roku, podczas Petersburskiego Międzynarodowego Forum Ekonomicznego, obie strony uzgodniły rozszerzenie migracji zarobkowej z Afganistanu. Wówczas w Rosji pracowało około stu afgańskich obywateli. Porozumienie z czerwca 2025 roku przewidywało wzrost tej liczby do tysiąca, głównie wykwalifikowanych rzemieślników: murarzy, spawaczy, elektryków, malarzy oraz specjalistów od produkcji roślinnej i zwierzęcej. Oficjalne liczby są symboliczne, ale kierunek jest wymowny: Rosja zaczyna traktować Afganistan jak kolejne państwo Azji Środkowej, stopniowo otwierając przed nim swój system migracyjny.
Partnerstwo bez symetrii
Warto przy tym uczciwie powiedzieć, czego w tych porozumieniach nie ma. To nie są sojusze równych. Rosja niewiele może realnie zaoferować Afganistanowi militarnie, zwłaszcza w cieniu wojny na Ukrainie i przy ostrożności wobec Pakistanu. Komentatorzy katarskiej Al-Dżaziry w analizie z czerwca 2026 roku oceniali, że memorandum z talibami raczej nie posłuży długofalowym interesom Afganistanu, a Kabulowi chodzi przede wszystkim o namiastkę międzynarodowej legitymacji. Partnerstwo ze stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ wygląda dobrze, nawet jeśli niewiele za nim stoi. Po stronie rosyjskiej kalkulacja jest równie chłodna. Moskwa formalizuje wpływy, nie biorąc na siebie wiążących zobowiązań, a przy okazji odbudowuje narrację wokół radzieckiej spuścizny. Ma to realny wymiar polityczny, biorąc pod uwagę, że radzieckie wojska przez dekadę toczyły w Afganistanie przegraną wojnę. W tle przewija się geopolityka surowcowa i logistyczna: projekt Kolei Transafgańskiej, afgański lit i miedź. Do tego dochodzi jeszcze rywalizacja z Chinami, które w tym samym czasie wycofywały z Afganistanu część obecności handlowej i wywiadowczej.
Podsumowując, Rosja próbuje rozwiązać swój problem demograficzny importem, a nie reformą. To rozwiązanie kruche, a także zależne od kursu rupii, od nastrojów społecznych pamiętających radziecką wojnę w Afganistanie, od tego, czy Delhi i Kabul uznają ten interes za opłacalny. Za każdą z liczb: 40 tysięcy, 70 tysięcy, tysiąc afgańskich rzemieślników, stoją zaś konkretne życiorysy: młody Hindus z wioski bez pracy mimo dyplomu, afgański spawacz, dla którego Tatarstan jest lepszą opcją niż Kabul pod rządami talibów. Pytanie, które pozostaje otwarte, brzmi nie tyle "czy Rosji uda się zapełnić wakaty", ile "jak długo można prowadzić gospodarkę wojenną cudzymi rękami, zanim okaże się, że te ręce mają własne plany".
Czytaj też:
USA-Chiny: Jak naprawdę wygląda wyścig AI Czytaj też:
Pekin nie będzie ginąć za Teheran
