Prezydent Turcji Recep Tayyip Erdoğan ma powody do zadowolenia. Podczas niedawnego szczytu NATO w Ankarze Donald Trump odnosił się do niego w sposób, jaki nieczęsto bywa udziałem innych sojuszników. – Prezydent Erdoğan – powiedział – to mój przyjaciel. Gdyby nie on, może w ogóle bym tu nie przyjechał.
Trudno dociec, czym Erdoğan zjednał sobie Trumpa. To fakt, że Turcja jest ważnym członkiem sojuszu: jest wielka, dysponuje dużą armią, drugą w NATO po amerykańskiej, kupuje sprzęt wojskowy w USA, a przy tym zajmuje wyjątkowe miejsce między Zachodem a światem islamu. Cieniem na jej pozycji powinien kłaść się fakt, że pod rządami Erdoğana wydatki na cele wojskowe spadły znacząco, w ubiegłym roku do zaledwie 1,9 proc PKB. Aż dziw, że Trump, ciskający gromy na tych, którzy „wożą się w NATO na gapę”, przymyka oko na rażące niedociągnięcia sojusznika, zwłaszcza że za rządów kemalistów na cele obronne przeznaczano w Turcji nawet 3 proc. PKB. Prezydent Erdoğan solennie zapewniał, że Turcja osiągnie poziom 3,5 proc., z zastrzeżeniem jednak, że dopiero w 2030 r.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
