Wydawało mi się, że na czym jak na czym, ale na propagandzie znam się doskonale. A jednak wtedy, w Budapeszcie, podczas spotkania CPAC, a więc międzynarodowej konferencji konserwatywnej, Jair Netanjahu, który był tam gościem specjalnym, naprawdę mnie zaskoczył. Po prostu przebił wszystkich. Szok – żadne inne słowo nie przychodziło do głowy.
Nie tylko dlatego, że opowiadał o wielkim zwycięstwie Izraela i USA w wojnie z Iranem (marzec tego roku!) i uzasadniał atak obu państw rzekomym śmiertelnym zagrożeniem dla świata, które stanowił reżim ajatollahów. Według izraelskiego polityka (celebryty bardziej) Donald Trump inaczej niż przywódcy demokracji zachodnich w 1938 roku, którzy bali się powstrzymać Hitlera, zrobił z Iranem, współczesną III Rzeszą to, co do niego należało. Było to mocne, bo tak analogia jak i „wielkie zwycięstwo” Stanów Zjednoczonych i Izraela były zwyczajnie humbugiem. Lecz, powtarzam, nie to było najbardziej wstrząsające w przemówieniu żydowskiego celebryty.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.

