Big Tech vs. Polska
  • Marek Jan ChodakiewiczAutor:Marek Jan Chodakiewicz

Big Tech vs. Polska

Dodano: 13
Mark Zuckerberg
Mark Zuckerberg / Źródło: PAP/EPA / MICHAEL REYNOLDS
Cyberonuca | Big Tech panoszy się, pomiata nami. Wyklucza nas, wyłącza nasze profile, przeszkadza nam w robieniu interesów, czy komunikacji politycznej. Zwykli ludzie sprzeciwiają się temu, po prostu kasując konta, wyłączając się z mediów społecznościowych. Komputerowcy i alt-kapitaliści budują media alternatywne.

Stany takie jak Floryda, Iowa, czy Północna Dakota odgryzają się wprowadzając prawa, które skończą bezkarność Big Tech i nałożą kary za jej hubris. I tak, na przykład, będzie można cyberpotentatów podawać do sądu za naruszanie zasady wolności słowa; ukarać za blokowanie kandydatów politycznych; wyłączyć ich reklamy; albo w ogóle usunąć ich aplikacje z dostępnych ofert. Po prostu będzie można Big Tech skasować.

Big Tech może więcej

Jak Polacy dobrze wiedzą, Big Tech panoszy się jeszcze bardziej poza granicami USA. Przynajmniej tutaj, u nas, jest do pewnego stopnia ograniczony Konstytucją USA i opinią publiczną. Za granicą Big Tech rozróżnia między bogatymi i potężnymi, z jednej strony, a biednymi i słabymi z drugiej. Oznacza to, że tak naprawdę Facetwittdom podchodzi do zamożnych tyranii inaczej niż choćby do rozwijających się demokracji. W rezultacie podlizuje się Chinom, Arabii Saudyjskiej i innym tego rodzaju państwom, bo liczy na obecne i przyszłe zyski. A gdzie indziej zachowuje się z bezczelną bezkarnością.

Do niedawna Facegootwitterostwo w ten sposób bezkarnie wyzwierzęcało się nad krajami Intermarium i ich obywatelami, nad Polską naturalnie. I przy okazji, Big Tech wpychał buciorem wszystkim w gardło toksyczną ideologię „woke”. Przykłady można mnożyć.

Janusza Korwin-Mikke wykopano z Facebook ku zdumieniu jego 900 tys. zwolenników. Google usunęło „Wierzę: Magazyn katolicki” z internetu. Youtube zawiesiło TV Polonia Christiana za obronę tradycyjnej rodziny, a szczególnie za próbę wyemitowania filmu o LGBT. Facebook odrzuciła podanie Franciszkanów, aby umieścić reklamy zachęcające do wsparcia hospicjum dla dzieci, bo „nieodpowiednie”, czyli katolickie. Jednocześnie ten sam Facebook nie zachował podobnej rewolucyjnej czujności, gdy oszust-internauta z Polski utworzył sobie nie-religijne konto ze zdjęciami chorych dzieci i naciągał naiwnych na wysyłanie sobie pieniędzy na ich opiekę. Na szczęście władze czuwały i facet został zaaresztowany.

Cybercenzura

Mój kolega, dziennikarz, opowiedział mi o kłopotach swej gazety "Najwyższy Czas!". Gdy osiągnęła około 3,5 miliona oryginalnych wejść na miesiąc, Google zdemonetyzował ją.

Młot nie spadł im na głowę od razu, tylko stopniowo. Na początku wysłano ostrzeżenie, bo opublikowali informację o gwałcie czy pedofilu z odpowiednią ilustracją. Wirtualny cyber-cenzor wydał werdykt, że to pornografia i zaprogramował algorytmy odpowiednio, że NCz! to witryna tylko dla dorosłych. To natychmiast spowodowało spadek oglądalności, zarówno w sensie dystrybucji, jak i dostępu. Po długim czasie sumitowania się, przywrócono stan poprzedni. Wnet jednak cenzorzy powrócili i za kolejne „cybermyśloprzestępstwa” wyłączyli reklamy. Nie słyszałem o tym, aby czegoś takiego doświadczyli lewacy.

Następnie kanał Youtube NCz! poddano sankcjom – zdemotyzowano, zawieszono, a potem zamknięto. No to dziennikarz otworzył swój własny kanał, ale wie, że jego dni są policzone.

Najgorsze jest to, że oficjalny sposób zajmowania się dokuczaniem i obstrukcją przez Big Tech charakteryzuje się anonimowością. Doświadczenie jest zaprawdę prosto z Kafki. Anonimowy agent Facegootwitterstwa po prostu z góry narzuca wyrok i właściwie nie ma sposobu, aby złożyć apelację. Czasami tyran jest prawdziwą osobą, ale często algorytmem. Zdarza się nawet, choć bardzo rzadko, że udaje się uzyskać kontakt z żywym agentem (głównie przez telefon), który przedstawia się jako, na przykład, „Stefan” (albo, alternatywnie, „Ewa”). Rezultat taki sam: werdykt z góry. I ponownie interpretacje naszych “cyber-występów” są wysoce arbitralne, tak jak i boskie cyber-wyroki.

Kontrrewolucja

Aby sprzeciwić się cyber-niesprawiedliwości, konserwatywno-libertariańska (a może i narodowa) od czasu do czasu demonstruje przed kwaterą główną Facebook w Warszawie. Szkoda, że pikietowcy nie skradają się, aby zrobić zdjęcia każdemu, kto wchodzi i wychodzi z budynku. Trzeba je wieszać na internecie i pytać o personalia. W taki sposób skończyłoby się Anonimowe Cyber Imperium. Transparentność i odpowiedzialność są znakiem rozpoznawczym demokratycznego państwa prawa.

I pamiętajmy, że Big Tech wynajmuje do pracy notorycznie lewaków, bo tacy szczególnie mają inklinację do arbitralnych, totalitarnych zabaw. Nie ma, co ich żałować.

Jednego razu kilku pokrzywdzonych przez Big Tech przedstawicieli polskiego (zdeplatformowanego) cyberbiznesu postanowiło poszukać sprawiedliwości w kwaterze swego cyberoberkata w Nowym Jorku. Przyjęli ich zły cybergliniarz i dobry cybergliniarz, albo “wujek Stefan” i „ciocia Ewa”. Oboje zachowywali się jak ponurzy komisarze cyberpoprawności politycznej. Tacy byli – Orwell by zrozumiał.

Takie prześladowanie stało się całkiem powszechne. Dlatego rząd Polski przedsięwziął kilka kroków. Po pierwsze, niestety podjął się subsydiowania prywatnego projektu internetowego Albicla, który – jak mi mówią – pozostawia wiele do życzenia. Po drugie, bardziej szczęśliwie, Ministerstwo Sprawiedliwości napisało ustawę, według której Big Tech będzie musiał zapłacić grzywnę w wysokości dwóch milionów dolarów za każdy ocenzurowany wpis na internecie. I dobrze. Jeśli w Chinach Big Tech pomaga komunistom prześladować obywateli, to w państwach wolnych, takich jak Polska, ma psi obowiązek stosować się do miejscowych praw i przepisów. A w związku z tym, ma szanować wolność słowa. Nikt nie jest ponad prawo, nawet cyberfirmy.

Ktoś powie, że przecież jest to prywatna firma. Ma prawo narzucać swoje reguły i wymagać aby się wszyscy podporządkowali. Ma prawo robić co jej się podoba. Tak? No to, co by było, jakby Facebook usuwał wszelkie pro-izraelskie treści? Albo jakby Google ściągał z Youtube wszelkie filmy reklamujące postulaty LGBT? Albo Twitter dozwoliłby jedynie teksty głoszące niższość rasową Murzynów? Nawet trzy minuty by to nie trwało. Oblałby Big Tech sztorm fekalii. Zaczęłoby kajanie się. Czyli nieważne, że prywatna firma. Pewne standardy są. A więc dlaczego sekuje się i prześladuje katolickie, konserwatywne i narodowe treści? Hipokryzja!

Polska wysyła sygnał

Węgry zaczynają wydawać podobne odgłosy jak Polska. Budapeszt obiecuje wprowadzić odpowiednie prawa, aby okiełznać Big Tech i aby stworzyć własne, węgierskie media społecznościowe. Państwa i obywatele Intermarium zaczynają odgryzać się. Przy okazji stają w opozycji do lewackiej „kultury kancelowania” (cancel culture). To zwyczaj gromadnego cyber napadania na jednostki, które wyrażają opinie niepodobającej się nienawidzącym wolność słowa postępowcom.

Jednak jest jasne, że „kultura kancelowania” nie byłaby możliwe bez kolaboracji, a nawet inspiracji Big Tech. Jej szczyt nastąpił, naturalnie, gdy platformy mediów społecznościowych Twitter i Facebook wykopały prezydenta Donalda Trumpa. Wywalenie go to ukoronowanie długotrwałego procesu bezkarności i bezczelne zreplikowanie na najwyższym poziomie sankcji, które uprzednio dotknęły miliony przeciętnych użytkowników mediów społecznościowych, a w tym setek tysięcy przedsiębiorstw na całym świecie.

To jest logiczny rezultat narastającej monokulturowej trajektorii degeneracji Big Tech w kierunku straszliwej rzeczywistości, którą wyobraził sobie Geroge Orwell. Należy to zatrzymać dla dobra wolności.

Zawsze gotowa mącić Rosja mruga do Intermarium i oznajmia, że jest gotowa wyłączyć się z globalnego internetu bowiem ma już swoją cyber infrastrukturę. W ten sposób Moskwa sygnalizuje, że może zaprosić innych, aby się podłączyli pod jej cybergrid. Aleksander Łukaszenka basuje, że widzi cyber spisek aby zniszczyć tradycyjne media, ale „przepowiada”, że doczeka się obumarcia internetu.

Właśnie dlatego potrzebujemy mediów społecznościowych, które kochają wolność, takich jak Parler, Gab, GoDuckDuck, oraz innych tego rodzaju. Powinny wejść do Intermarium – obok wygenerowanych przez miejscowych – jako zdrowa alternatywa do Facegootwiterostwa oraz aby zablokować cyber przestrzeń Władimirowi Putinowi i jego sojusznikom.

Pamiętajmy też, że Big Tech to jedynie gloryfikowane firmy reklamowe, coś w rodzaju Madison Avenue w sieci. Potrzebują nas bardziej niż my ich. To my ich stworzyliśmy, to dzięki nam osiągnęli wyżyny. I my ich możemy stamtąd zrzucić. Spowodowaliśmy, że wydaje nam się, że są niezbędne dla naszego życia. Możemy łatwo zwrócić się przeciw nim i pozbyć się ich. Naprawdę nas potrzebują. My ich traktujemy jako zabawki i jako wygodę. Oni się panoszą.

A co się stało ze starym powiedzeniem „klient nasz pan”? Zamiast tego, Big Tech daje nam „kody mowy” (speech codes), dyktuje co stanowi „nienawiść”, oraz stosuje wobec nas cenzurę jako widzimisię. Dość tego, chamy! Zarówno w Ameryce jak i wszędzie indziej, a w tym w Polsce.

Czas aby rząd w Warszawie stał się w Intermarium koordynatorem doprowadzania chamstwa z Big Tech do porządku.

Jak w Zimną Wojnę, Ameryka powinna pomóc walczącym o wolność, którzy sprzeciwiają się radykalnej ideologii i jej rozsadnikom. Chodzi przecież o wolność słowa.

Washington, DC, 5 luty 2020

Źródło: DoRzeczy.pl
 13
Czytaj także