Mam duże problemy z polemizowaniem z tekstem Adama Wielomskiego „Niewidomi w Warszawie” („Do Rzeczy” nr 24/2026). Autor w jednym tekście wielokrotnie sam sobie zaprzecza, a na dodatek wiele swoich tez odpiera tezami niesprawdzalnymi lub wątpliwymi. Mimo to postanowiłem podjąć polemikę z Wielomskim, gdyż jest to okazja do szerszej polemiki z obozem w polskiej publicystyce, który bagatelizuje zagrożenie rosyjskie.
Zacznę od kontekstu wynikającego z aktualnej sytuacji politycznej. Decyzja Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednej z jednostek armii ukraińskiej imienia „Bohaterów UPA” słusznie została uznana za pewną cezurę w relacjach polsko-ukraińskich. Istotnie były powody uznania tego gestu za pewien zwrot we wzajemnych relacjach – za koniec pewnego okresu nadziei, kredytu zaufania, ale i też za objaw końca najostrzejszego okresu w zmiennych losach wojny rosyjsko-ukraińskiej.
Nic nie stoi w miejscu. Zmieniają się potencjały siły i zmieniają się taktyki. I nie zaskoczyło mnie, że Adam Wielomski, który od początku pełnoskalowej fazy konfliktu na linii Moskwa – Kijów był krytykiem pomocy Polski dla Ukrainy, zauważył w obecnym konflikcie na linii Warszawa – Kijów okazję do triumfu. Tyle że jego generalizacje oparte są na mocno wątpliwych tezach. W jego opinii Ukraina zawsze była skazana na gloryfikację takich bohaterów jak Stepan Bandera czy Roman Szuchewycz, a ci, którzy wspierali ją w obronie swojej niepodległości, od początku popełniali błąd lub żyli w kłamstwie. Efektowne to, ale zupełnie nieprawdziwe. W tej historii nic nie było skazane na determinizm. Wyboru dokonał prezydent Zełenski.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
