Temat tygodniaLud się zbuntował

Lud się zbuntował

Dodano

To, co niemożliwe, stało się realne. Wielka Brytania opuszcza Unię Europejską. Na temat tego, co to oznacza, długo jeszcze będą się spierać znawcy i eksperci. Jednak już teraz kilka rzeczy można powiedzieć.

Po pierwsze, brytyjskie referendum to swoiste wotum nieufności wobec całej brytyjskiej klasy politycznej. Przypomnę, że w poparcie dla pozostania w Unii zaangażowali się liderzy zarówno rządzących konserwatystów, jak i opozycyjnej Partii Pracy. To nie kto inny jak premier David Cameron stał się twarzą kampanii za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii. A mimo tego, mimo gigantycznej kampanii rządowej, zwykli ludzie powiedzieli „nie”.

Nie uwierzyli, nie zaufali. Nie przekonały ich ani apokaliptyczne wizje grozy, ani argumenty odwołujące się do pragmatyzmu. Ani opinie ekspertów, którzy wieszczyli nadciągającą katastrofę gospodarczą, ani analizy tych, którzy zaczęli przewidywać odrodzenie konfliktów zbrojnych. Zwykli ludzie uznali, że to, co im się serwuje, nie jest prawdą, ale propagandą.

Jednak nie tylko Cameron poniósł klęskę – słusznie zapowiedział podanie się do dymisji. W jeszcze większym stopniu głos za Brexitem był przecież głosem przeciw sposobowi kierowania Unią przez obecną klasę eurokratów. Był głosem przeciw zdominowanej przez Niemcy Unii, w której o polityce imigracyjnej rozstrzygają samodzielnie Berlin i kanclerz Angela Merkel, był głosem przeciw uzurpacji i arogancji Komisji Europejskiej.

Był głosem przeciw dziwacznemu systemowi, w którym demokracja coraz bardziej służyła za fasadę. Wynik referendum to wotum nieufności dla szefa Komisji Europejskiej i szefa Rady Europejskiej. Brytyjczycy opowiedzieli się za suwerennością. Tak, to słowo, ostatnio przez tylu wyszydzane i wyśmiewane, jak widać, nie utraciło wiele ze swej atrakcyjności. Mając do wyboru więcej suwerenności i swobody czy więcej podległości w ramach wielkiego organizmu Unii, Brytyjczycy wybrali tę pierwszą. I wbrew temu, co teraz próbuje wszystkim wmawiać wielu komentatorów, nie była to decyzja pochopna i nieprzemyślana – najwyraźniej po 43 latach większość społeczeństwa nie potrafiła dostrzec wystarczających korzyści z przynależności do Unii. Miała dość decydowania za siebie i traktowania zwykłych ludzi jak niepełnosprawnych, niedojrzałych dzieci specjalnej troski, o których najlepiej dbają dalecy unijni komisarze. Czasy partiokracji i ekspertokracji się skończyły.

Dla Polski Brexit to duży problem. Nie tylko dla polskich imigrantów, których część będzie zapewne musiała opuścić Wielką Brytanię, lecz także, może przede wszystkim, dla polityków i rządu. Kto będzie teraz głównym partnerem politycznym Warszawy w Unii? Jeśli do tej pory politycy PiS mogli liczyć na bliskie związki i szczególne relacje z brytyjskimi torysami, to kto ich może zastąpić? Kto powstrzyma coraz wyraźniejszą hegemonię Niemiec?

Można przecież się obawiać, że reakcją Brukseli na Brexit będzie nie powrót do idei suwerennych państw, ale dokręcenie śruby, dążenie do jeszcze szybszej integracji. Tak przynajmniej do tej pory działali euroentuzjaści – ich odpowiedzią na opór i niechęć ze strony zwykłych ludzi był wzrost presji na jednolitość. Nie chcecie wspólnej europejskiej integracji i tożsamości? To będziecie mieli jej jeszcze więcej i szybciej. Tylko jeśli z tym szaleństwem ideologicznym można było skutecznie walczyć, odwołując się m.in. do sceptycznych Brytyjczyków, to kto ich obecnie zastąpi? Warszawa pozostała sama, bez swoich dotychczasowych najsilniejszych partnerów. Tyle że to, co mogło być dobre dla Wielkiej Brytanii, z pewnością nie jest korzystne dla położonej obok Rosji Polski. Dawno już przyszłość nie rysowała się w równie mrocznych barwach. 

Okładka tygodnika Do Rzeczy: 26/2016
Cały wywiad opublikowany jest w 26/2016 wydaniu tygodnika „Do Rzeczy”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
/ dtc
 0

Czytaj także