• Łukasz WarzechaAutor:Łukasz Warzecha

Dług kosmiczny

Dodano: 
Pieniądze, zdjęcie ilustracyjne
Pieniądze, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Adobe Stock
Naprawa finansów publicznych w Polsce powinna być jednym z naczelnych tematów publicznej dyskusji, podczas gdy ten temat znajduje się na dalszym planie. Może to wynikać z faktu, że w sprawie rujnowania finansów w sposób perwersyjny współpracują poprzednia i obecna władza.

Deficyt budżetowy na cały rok zaplanowany na niebotyczne 271 mld zł (i tak o kilka miliardów lepiej niż w 2025 r.) do lutego 2026 r. został wykonany w 17,8 proc. – 48,5 mld zł. Gdyby uznać to za wartość średnią, stałoby się jasne, że nie zmieścimy się w zaplanowanym wymiarze i przekroczymy na koniec roku 290 mld zł. Nadzieja w tym, że deficyt nie rośnie w ciągu roku równomiernie.

Dla porządku przypomnijmy, że deficyt to różnica pomiędzy dochodami budżetu i jego wydatkami w danym roku, a dług publiczny to pieniądze, które pożyczają, głównie w formie obligacji, budżet centralny i budżety samorządowe, a jeśli liczyć rzetelnie – to w ogóle wszystkie instytucje publiczne. Dług publiczny jest zatem konsekwencją tworzenia kolejnych budżetów z deficytem. W statystykach ekonomicznych zwykle przedstawia się dług publiczny w relacji do PKB, ale trzeba pamiętać, że oznacza to, iż ta relacja może się zmienić radykalnie na niekorzyść, jeśli wzrost gospodarczy wyhamuje.

Dług publiczny przekracza dzisiaj 2,43 bln zł. Na koniec ubiegłego roku liczony w całości jako zadłużenie sektora instytucji rządowych i samorządowych, sięgnął niemal granicy konstytucyjnego progu zadłużenia w relacji do PKB i wyniósł 59,97 proc. Gdyby liczyć go w ten sposób, za moment stanęlibyśmy w obliczu art. 216 konstytucji, który zakazuje zadłużania państwa w stopniu przekraczającym trzy piąte PKB. Ustawa o finansach publicznych przewiduje również próg ostrożnościowy między 55 a 60 proc. zadłużenia do PKB. Po przekroczeniu jego dolnej granicy konieczne jest uchwalenie budżetu bez deficytu albo takiego, który zapewni, że zadłużenie zacznie się na koniec roku w relacji do PKB zmniejszać.

Jak to zatem możliwe, że nie zostały jeszcze uruchomione restrykcyjne mechanizmy ze wspomnianej ustawy? Rząd korzysta z tego samego triku od lat: część zadłużenia nie jest do niego wliczana, bo zapisuje się ją jako zadłużenie funduszy (takich jak np. fundusz covidowy, ustanowiony za PiS), choć faktycznie jest to dług publiczny. Pozwala na to konstytucja, która stwierdza, że sposób obliczania długu publicznego określa ustawa. Dlatego formalnie relacja długu do PKB wynosi ok. 48 proc., więc wyraźnie poniżej progu ostrożnościowego. Dlatego też chcąc wiedzieć, jak naprawdę jesteśmy zadłużeni, powinniśmy patrzeć na bardziej restrykcyjne dane unijne (EDP).

Najgorsza sytuacja od lat

Mistrzem w wypychaniu zadłużenia poza budżet, czyli również poza kontrolę parlamentu, był rząd PiS. Koalicja Obywatelska w trakcie kampanii wyborczej zapowiadała, że z tym skończy, ale zrealizowała tę obietnicę w bardzo ograniczonym stopniu. Nadal poza budżetem jest jedna piąta długu publicznego, czyli ok. 420 mld zł. Jedno nie budzi wątpliwości: polskie finanse publiczne są dzisiaj w sytuacji najgorszej od lat. Dług publiczny w liczbach bezwzględnych rośnie od 2001 r. – z małymi wyjątkami. Zmniejszył się minimalnie między 2013 a 2014 r. z 931 mld zł do 874 mld zł, w roku 2017 zaś był o 3 mld zł niższy niż rok wcześniej (ale przekraczał już wtedy bilion). W 2023 r., gdy PiS oddawał władzę, zadłużenie Polski wynosiło 1,691 bln zł. To znaczy, że do dzisiaj wzrosło o ponad 700 mld zł. To więcej, niż wynosi cały roczny budżet naszego państwa (ponad 630 mld zł).

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy.
Czytaj także