Temat polityki imigracyjnej nie schodzi z pierwszych stron gazet. To oczywiście zrozumiałe i zarówno wielu polityków, publicystów, jak i komentatorów wszelakiej maści podejmuje się omawiania tego tematu, często jednak ograniczając się do przytaczania różnego rodzaju ogólników, powołując się przy tym na mniej lub bardziej popularne argumenty, próbując lobbować za lub przeciw większej otwartości i tolerancji w tym względzie. Mało kto jednak przywołuje dane statystyczne i operuje na konkretnych liczbach, choć zdarzają się takie sytuacje. Jakakolwiek dyskusja na ten temat ma bowiem sens tylko wtedy, gdy odwołujemy się do twardych danych, które odzierają nas ze złudzeń i wybudzają z błogiego snu, choć czasami robią to dość brutalnie. Tylko liczby dają nam gwarancję, że pociąg nie odjedzie nam z peronu przedwcześnie, a my nie zostaniemy daleko w tyle za rzeczywistością. Zresztą nie bądźmy nadmiernie delikatni w tym względzie, skoro i tak wymiana zdań odnośnie do imigracji przybiera nierzadko burzliwy charakter i potrafi wręcz rozpalić do czerwoności obie strony sporu.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
