Antoni

Antoni

Dodano: 4
Zdjęcie ilustracyjne
Zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Pixabay / Domena publiczna
24 listopada, dzień 267. Wpis nr 256 | Dzisiaj pojechałem do Wrocławia na pogrzeb Antoniego. Dowiedziałem się o Jego śmierci nagle, jak to bywa wśród znajomych co się rozjechali, a później nie tak często widzieli. Antoniego poznałem na dobre w podziemiu. Był wtedy zapalonym drukarzem podziemnej prasy, o dużych zdolnościach organizacyjnych, a więc nie tylko kręcił powielaczem, ale był w stanie zorganizować wielonakładowy druk jak zwykle na ostatnią chwilę. Samo złoto.

Antoniego nie znałem zbyt dobrze, bo tak wypadało w podziemiu. W konspirze nie ma co się zaprzyjaźniać i znać szczegóły o ludziach, którzy i tak swoje robią. Ciekawość i bliskość w tym względzie była szkodliwa, lepiej nie wiedzieć za dużo, bo to się człowiek może gdzieś nawinąć, a złapany i pociśnięty na różne sposoby może zacząć coś sypać. Dla mnie była to niezła wymówka, bo i tak miałem od młodości kłopoty z kojarzeniem nazwisk z twarzami. (Ta choroba, prozopagnozja, to jedyna cecha, którą dzielę z… Bratem Pittem).

Spotkałem jeszcze Antoniego parę razy już w III RP i widziałem, że złapał już tego drukarskiego, a raczej wydawniczego bakcyla na dobre. Był już wydawcą książkowym pełną gębą, w dodatku ideowym, bo zabrał się za książki o znanych i zapomnianych postaciach dolnośląskiego podziemia stanu wojennego. Bez jego dokumentalistycznego trudu wielu bezimiennych herosów tamtego czasu popadłoby w zapomnienie. Teraz Antoni odszedł i do tego zbioru bohaterów trzeba by dodać jeszcze jedną książkę – o nim. Tylko, kto to zrobi?

Dla mnie coraz więcej tych pogrzebów. Razem ze swoim pokoleniem przeszedłem już rożne fazy powodów do spotkań: najpierw były normalne młodzieżowo-studenckie bibki, potem wesela, potem już stabilizacja kolejnych urodzin. W Polsce nie ma tradycji spotkań po rozwodzie, więc tę fazę przeszedłem bezspotkaniowo. Teraz wszedłem w fazę pogrzebów. Od kiedy przeniosłem się bardziej do Warszawy widuję się ze starą wrocławską paką właśnie jak ktoś z nas odejdzie na dobre. Spotykamy się więc od smutnego dzwonu, na kilka minut by pogadać co tam słychać i kto… jeszcze żyje.

To bardzo mocne spotkania, mimo, że trwają tak krótko. Ja je lubię jeszcze z innego powodu niż samo wspominanie jak to dawaliśmy odpór złemu. Lubię spotykać tych ludzi ze względu na to, że nikt z nich nie odcinał – jak niektórzy „rycerze ostatniej godziny” – kuponów od swej przeszłości. Większość z nich wróciła do swych pozapolitycznych pasji, co świadczy o tym, że ich postawa w czasie próby nie była kalkulacją a jedynie imperatywem moralnym. Tak jak Antoni byli Herbertowskim „pośrednikami wolności”, nie pchali się na front oświetlony polityczną sławą. Uprawiali ugór prawdy, drukowali ulotki po to by trwał opór myśli. I nie zawsze to były rzeczy, z którymi się wprost identyfikowali. Ulotki były papierowym kluczem, który otwierał drzwi, za którymi zaczynała się debata o Polsce. A oni byli strażnikami tego klucza, nie chcieli przechodzić przez tamte drzwi, woleli, żeby zabrał się przez ten próg cały naród.

To zapomniani bohaterowie naszej wolności. Nikt nie pamięta, że trzeba było skołować nie wiadomo skąd papier, farby, zorganizować zakonspirowane miejsca na druk, sprzęt, ludzi, wreszcie dyskretnie, ale sprawnie i szybko to wszystko wydystrybuować. Ba, zadbać o to, żeby kolportaż drogą powrotną przekazał zebrane składki. Większość widziała tylko wodzów i spektakularne wydarzenia, nie wiedząc, że za każdym z nich stały dziesiątki ludzi narażających życie, zdrowie i wolność, co dopiero swoje kariery czy rozwój, po to tylko by prawda dotarła pod strzechy. To niezbędna proza historii a nie spektakularne fajerwerki, o których później w książkach i filmach.

I jak widzę tych wszystkich „bohaterów ostatniej godziny”, którzy zapisali się do Solidarności w 1989 roku i z dumą noszą jej symbole, robią na tym kariery, a zwłaszcza jak słyszę tego żenującego „bohatera naszych czasów”, któremu coraz to odbija się, że sam obalił komunę, to… zapraszam na ul. Bujwida we Wrocławiu, na cmentarz. Tam leży Antoni, o którym pewnie nie słyszeliście. Jeden z tych, z którego brudnych od farby rąk otrzymaliśmy naszą wolność.

W hołdzie Przyjacielowi dedykuję swoją biblię „pośredników wolności”, wiersz Zbigniewa Herberta pt. „Gra Pana Cogito”:

1

Ulubioną zabawą
Pana Cogito
jest gra Kropotkin

ma wiele zalet
gra Kropotkin

wyzwala wyobraźnię historyczną
poczucie solidarności
odbywa się na wolnym powietrzu
obfituje w dramatyczne epizody
jej reguły są szlachetne
despotyzm zawsze przegrywa

na wielkiej tablicy imaginacji
Pan Cogito ustawia figury

król oznacza
Piotra Kropotkina w twierdzy pietropawłowskiej
laufry trzech żołnierzy, szyldwacha
wieża zbawczą karetę

Pan Cogito ma do wyboru
wiele ról

może grać
śliczną Zofię Nikołajewnę
ona w kopercie zegarka
przemyca plan ucieczki

może być także skrzypkiem
który w szarym domku
umyślnie wynajętym
naprzeciw więzienia
gra Uprowadzenie z Seraju
co oznacza ulica wolna

najbardziej jednak
lubi Pan Cogito
rolę doktora Orestesa Weimara

on w dramatycznym momencie
zagaduje żołnierza przy bramie

– widział ty Wania mikroba
– nie widział
– a on bestia po twoje skórze łazi
– nie mówcie jaśnie panie
– a łazi i ogon ma
– duży?
– na dwie albo trzy wiorsty

wtedy futrzana czapka
spada na baranie oczy

i już
toczy się wartko
gra Kropotkin

król-więzień sadzi wielkimi susami
szamocze się chwilę z flanelowym szlafrokiem
skrzypek w szarym domku
gra Uprowadzenie z Seraju
słychać głosy łapaj
doktor Orestes snuje o mikrobach
bicie serca
podkute buty na bruku
wreszcie zbawcza kareta
laufry nie mają ruchu

Pan Cogito
cieszy się jak dziecko
znów wygrał grę Kropotkin

2

tyle lat
tyle już lat
gra Pan Cogito

ale nigdy
nie pociągała go rola
bohatera ucieczki

nie przez niechęć
do błękitnej krwi
księcia anarchistów
ani wstręt do teorii
o wzajemnej pomocy

nie wynika to także z tchórzostwa
Zofia Nikołajewna
skrzypek z szarego domku
doktor Orestes
też nastawiali głowy

z nimi jednak
Pan Cogito
utożsamia się niemal zupełnie

jeśliby zaszła potrzeba
mógłby być nawet koniem
karety uciekiniera

Pan Cogito
chciałby być pośrednikiem wolności

trzymać sznur ucieczki
przemycać gryps
dawać znak

zaufać sercu
czystemu odruchowi sympatii

nie chce jednak odpowiadać za to
co w miesięczniku „Freedom”
napiszą brodacze o nikłej wyobraźni

przyjmuje rolę poślednią
nie będzie mieszkał w historii.

Jerzy Karwelis

Więcej wpisów na blogu Dziennik zarazy.

Źródło: dziennikzarazy.pl
 4
Czytaj także