KrajJak cnotę stracić, a rubla nie zarobić

Jak cnotę stracić, a rubla nie zarobić

Donald Tusk
Donald Tusk / Źródło: PAP/EPA / JULIEN WARNAND
Dodano 172
Rozmawiając poważnie o tym, co zdarzyło się w Brukseli, musimy przede wszystkim odrzucić godnościową retorykę, która nie opisuje międzynarodowej rzeczywistości. W polityce międzynarodowej nie ma zwycięstw moralnych, a sukcesem nie jest „zachowanie się, jak trzeba”, tylko osiągnięcie wymiernego efektu możliwie najmniejszym kosztem; względnie – zminimalizowanie strat.

Wiele osób tego jednak najwyraźniej nie rozumie, czego groteskowym dowodem są liczne krytyczne (lub pochwalne) wpisy Polaków na facebookowym profilu Viktora Orbána. Zwolennicy rządu wyzywają węgierskiego premiera od najgorszych i nazywają „zdrajcą” (lub też, w przypadku przeciwników rządu, wychwalają), tak jakby Orbán miał obowiązek dbać o interes Polski lub wręcz o interes partii Polską rządzącej, a nie o interes Węgier.

Rezultat szczytu w Brukseli nie jest zaskakujący dla żadnego trzeźwo myślącego obserwatora. Kilkanaście dni temu pisałem, że rozpoczynając batalię w sprawie Tuska, rząd łamie kilka podstawowych zasad prowadzenia polityki. Pozwolę je sobie tutaj przypomnieć:

Po pierwsze – nie rozpoczyna się wojny, której nie można wygrać. W realnej polityce nie ma moralnych zwycięstw.
Po drugie – nie trwoni się zasobów na działania nie przynoszące realnych korzyści. W tym wypadku o żadnych realnych korzyściach nie ma mowy, a zasoby (czas, dyplomacja, pewien niewymierny potencjał sprawczy państwa polskiego) są w tę sprawę zaangażowane.
Po trzecie – w realnej polityce pojęcie korzyści niekoniecznie oznacza zysk. Czasami oznacza pozostawienie nawet mało korzystnego status quo, jeśli uznajemy, że jego zachwianie może być tylko gorsze albo nawet względnie niewielką stratę.
Po czwarte – nie podejmuje się żadnych zbędnych działań, bo każde z nich może nieść za sobą jakieś zobowiązanie wobec tego czy innego partnera. Zbędne działanie nie przynosi korzyści temu, kto je podejmuje, ale zobowiązania trzeba regulować.

Do tych zasad dodałbym jeszcze reguły specyficzne dla polityki unijnej.

Pierwsza – każdą istotną ofensywę trzeba przygotować z wyprzedzeniem, bo wymaga ona rozpoznania interesów potencjalnych sojuszników i przeciwników, mozolnych dyplomatycznych zabiegów, spotkań, a wszystko to zajmuje czas. Tymczasem ostry kurs wobec Tuska, ze wszystkimi tego konsekwencjami, polski rząd przyjął zaledwie około trzech tygodni przed brukselskim szczytem.
Druga – w przypadku istotnych sporów najlepiej schować się za czyimiś plecami zamiast atakować samemu, ściągając na siebie wszystkie negatywne skutki sporu.
Trzecia – unijną broń atomową w postaci weta czy też samotnego sprzeciwu zachowuje się na sytuacje naprawdę ostateczne i realnie znaczące. Na przykład po to, żeby nie dopuścić do zatwierdzenia norm oznaczających poważnego problemy dla rodzimej gospodarki. Poza tymi okolicznościami (oraz sprawami drobniejszymi, które zgodnie z przepisami podlegają zwykłemu głosowaniu w Radzie UE) należy dbać o osiąganie kompromisu, rzecz jasna – jak najkorzystniejszego dla nas.

Również te trzy zasady zostały w przypadku batalii o Tuska złamane.
Rezultat szczytu dla polskiej strony, wziąwszy pod uwagę założenia polskiego rządu, poniesione koszty oraz skutki, mieści się gdzieś pomiędzy dotkliwą porażką a klęską, a jeśli nie jest wprost tym ostatnim, to tylko dlatego, że gra szła w gruncie rzeczy o pietruszkę, czyli sprawę bardziej symboliczną niż realną. Można by mówić jedynie o drobnej przegranej potyczce, gdyby polski rząd sam sprawy nie napompował i nie rozdął do rozmiaru wielkiego prestiżowego sporu. Zatem sami powiększyliśmy rozmiary przegranej.

W tej sprawie – jak również już pisałem – nie działała zero-jedynkowa logika. Wybór nie był pomiędzy poparciem Tuska a frontalnym atakiem na niego. Można było grać na zmniejszenie nieuniknionej przegranej w tej sprawie poprzez minimalizowanie jej znaczenia. Gdyby polski rząd potraktował wybór Tuska jako kwestię marginalną, sygnalizując oczywiście swój brak poparcia, ale bez stawiania sprawy na ostrzu noża, ani tryumf opozycji, ani straty jakie ponieśliśmy nie byłyby tak dotkliwe.

Jak interpretować taktykę, którą przyjął rząd? Oto przegląd najczęściej pojawiających się interpretacji.

„Odzyskiwanie podmiotowości”. Opowieści o „wstawaniu z kolan”, które serwują nam teraz politycy PiS z Jarosławem Kaczyńskim na czele, to bajki. Po pierwsze, rząd PiS wielokrotnie zaznaczał już, że kwestionuje taki sposób ustawiania Polski, jaki praktykowała Platforma i ten komunikat został przez naszych partnerów odebrany. O „wstawaniu z kolan” i „odzyskiwaniu podmiotowości” można by mówić, gdyby szło o kwestię faktycznie dla nas istotną, której znaczenie dla Polski byłoby zrozumiałe dla wszystkich. Gdyby szło na przykład o sprawy związane z polityką energetyczną, polski stanowczy opór byłby zrozumiały zarówno w Berlinie, jak i w Madrycie czy Hadze. Tymczasem zawzięty opór Warszawy wobec Tuska jest albo niezrozumiały – wszak ma źródła w polityce wewnętrznej – albo, jeżeli się go rozumie, traktuje się go jako przenoszenie na forum RE sprawy egzotycznej, widzianej jako osobista animozja między dwoma politykami. A to jest traktowane jako przejaw braku politycznej dojrzałości. To się oczywiście czasami zdarza i w innych krajach, ale nigdy nie zaowocowało tak ostrym sporem na takim szczeblu.

„Pokazaliśmy, ile w UE znaczą Niemcy”. Nie jest to sposób na pokazanie, jak wiele do powiedzenia w Unii mają Niemcy, bo to wszyscy od dawna doskonale wiedzą.

„Pokazaliśmy, że… [tu należy wstawić, w zależności od nastroju:] nie damy sobą pomiatać / w UE nie ma demokracji / państwa UE nie mają równego statusu itp." Pokazaliśmy – komu? Czy jest jakaś grupa odbiorców, którzy a) o tym nie wiedzieli, b) ten komunikat otrzymali, c) ich wiedza na ten temat ma dla nas jakiekolwiek praktyczne znaczenie? Ja takiej grupy nie widzę. Zaś opłacanie czczych demonstracji żywą polityczną walutą jest, mówiąc najdelikatniej, lekkomyślne. To swego rodzaju utracjuszostwo polityczne.

„To test na równe traktowanie państw”. Wariant interpretacji omówionej wyżej. Jak na test, ten był absurdalnie kosztowny.

„Wiadomo teraz, że Tusk jest nominatem niemieckim”. Czy co do tego ktoś mógł mieć wątpliwości od przynajmniej dwóch i pół roku? A jeśli nawet do jakiejś części szczególnie zainteresowanych sprawą mieszkańców UE ta wiedza teraz dotarła – jakie to ma dla nas znaczenie?

„Od tego momentu Tusk nie będzie mógł występować z polską flagą” (J. Kaczyński). Tu widać wewnętrzną sprzeczność w argumentacji PiS. Partia rządząca jednocześnie zarzucała Tuskowi, że „nic dla Polski nie zrobił” oraz, że nie był neutralny. A zarazem – słusznie – wskazywała, że jego stanowisko nie ma większego znaczenia. Pożądana neutralność na stanowisku przewodniczącego RE oznacza, że nie oddaje on usług swojemu krajowi, a faktyczne znaczenie stanowiska oznacza też, że nie bardzo może to robić. Tusk z założenia nigdy „pod polską flagą” nie występował. Natomiast – o czym zapomniano – w sprawie przyjmowania imigrantów (nie mylić z kwestią rozdziału tych, którzy już do Europy dotarli) przeciwstawił się niemieckiej Willkomennkultur, czyli w pewien sposób Polsce jednak pomógł w tej akurat sprawie.

„Inne narody Europy dostały sygnał, że w UE panuje zamordyzm”. To interpretacja wyjątkowo absurdalna. Spór polskiego rządu z Tuskiem jest zrozumiały tylko w Polsce. Kwestia wyboru przewodniczącego Rady Europejskiej z punktu widzenia „narodów Europy” jest absolutnie marginalna – to atrakcja dla hobbystów. Żadne narody zatem sygnału nie dostały. A nawet gdyby go dostały i gdyby był to sygnał wskazujący na to, że „stara” Unia nie chce zmian, to napędziłoby to poparcie politykom, których dojście do władzy niekoniecznie musi być dla Polski korzystne, takim jak choćby Marine Le Pen.

„Tusk został osłabiony i niewiele będzie mógł”. Poparcie 27 państw wbrew stanowisku Polski nie wygląda na osłabienie przewodniczącego RE, który zresztą i tak wiele nie może. Trudno zrozumieć, na czym konkretnie miałoby to osłabienie polegać.

„To tak naprawdę ukryta transakcja – w zamian za odpuszczenie Tuskowi / za zwycięstwo Tuska coś mieliśmy dostać / dostaniemy”. Transakcja jest tam, gdzie obie strony dysponują jakimś zasobem i bez konsensusu nie da się osiągnąć celu. Polska w tej sprawie żadnym zasobem nie dysponowała, bo jej sprzeciw nie stanowił przeszkody w wyborze Tuska na szefa RE.

„Gdy Tusk wróci do Polski, będzie uznawany za niemieckiego nominata i nie będzie mieć szans w wyborach prezydenckich w 2020 roku”. Po pierwsze – nie jest wcale pewne, a wręcz jest wątpliwe, żeby po pięciu latach na wysokim stanowisku w UE Tuskowi w ogóle chciało się wracać do krajowej polityki. Po drugie – trudno oczywiście oceniać, jak będzie wyglądać polska scena polityczna w 2020 roku, ale teza o skompromitowaniu i osłabieniu Tuska absolutnie nie trzyma się kupy. W warunkach ostrego podziału politycznego Tusk – nawet gdyby drugiej kadencji nie zdobył – może tylko dziękować prezesowi Kaczyńskiemu, bo dzięki akcji PiS zyskał cenzurkę męczennika sprawy, a dzięki porażce planu niedopuszczenia do jego wyboru – człowieka, którego złamać i stłamsić się nie udało.

„To dopiero początek, część Wielkiego Tajemnego Planu Przebudowy UE”. Nic nie wskazuje, żeby istniał jakikolwiek strategiczny plan, którego częścią była akcja z Tuskiem (zdecydowane działania podjęto na chybcika trzy tygodnie temu). A jeśli nawet szło o wzruszenie z posad bryły unijnej, to wyszło bardzo słabo, wziąwszy pod uwagę rezultat głosowania. Sprawa jako marginalna we wszystkich krajach poza Polską nie będzie mieć żadnego znaczenia dla stosunku obywateli UE do Brukseli.

Skoro żadna z interpretacji nie jest spójna, trzeba szukać innej. I tu wnioski mogą być szczególnie przykre, bo albo uznamy, że polityka unijna stała się zakładniczką krajowego kursu PiS na twardy elektorat (absurd, wziąwszy pod uwagę, że ten elektorat jest dopieszczany cały czas), albo że mamy do czynienia z rozgrywką już całkowicie osobistą, czyli – mówiąc wprost – prywatą, której ofiarą padły polskie interesy. Ewentualnie – co też nie jest korzystnym wyjaśnieniem – można uznać, że odegranie przedstawienie „Bohaterska Polska rzuca się Reytanem przeciwko Tuskowi” ma być kompensacją i usprawiedliwieniem oczekiwanych porażek w sprawach naprawdę istotnych.

Jakie? W Unii partnerzy skrupulatnie rozliczają się z waluty, jaką są momenty ostrego sprzeciwu. Jeśli wydaliśmy tę walutę na Tuska, zabraknie nam jej przy sprawie polityki energetycznej, gazociągu Opal czy renacjonalizacji budżetu UE.
W swoim regionie, który w całości opowiedział się przeciwko nam i to momentami w ostrej formie (vide choćby wypowiedź premiera Sobotki), dostaliśmy łatkę partnera nieracjonalnego, awanturującego się o pietruszkę, którego regionalny potencjał przywódczy nie jest tak mocny, jak można było przypuszczać. Publiczne wypowiedzi polskich polityków przed szczytem, w tym samego Jarosława Kaczyńskiego, zapowiadające brak poparcia dla Tuska ze strony Węgier czy Wielkiej Brytanii, są nieco kompromitujące wobec przebiegu wypadków.

Wobec rezultatów spotkania przywódców Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii w Wersalu osłabiliśmy swoją pozycję. Nasza walka z koncepcją Europy różnych prędkości (pomijam sprawę, czy jest to walka zasadna) powinna koncentrować się na konkretach: polityce energetycznej, decyzjach dotyczących krajów unii walutowej, ale wpływających także na nas, zachowaniu unijnych swobód. Zamiast tego skupiliśmy się na sprawie pobocznej, a występując samotnie przeciwko wszystkim, daliśmy do ręki argument zwolennikom strategii wersalskiej.

Doprowadzając do sytuacji samotnego sprzeciwu wobec Tuska, przeprowadziliśmy test mocy sprawczej dyplomacji polskiego państwa i naszej faktycznej siły. Test wypadł dla nas fatalnie. Jeżeli w sprawie o niewielkiej wadze zostaliśmy zepchnięci do kąta i potraktowani jak niesforne, pokrzykujące dziecko, czego możemy oczekiwać w sprawach naprawdę istotnych?

A taka sprawa pojawiła się w zagadnieniach, którymi zajmował się szczyt. Chodzi zapowiedź reformy prawa azylowego, co może oznaczać uruchomienie kolejnych nacisków na relokację imigrantów. Polsce nie udało się tu nic ugrać. Trudno się dziwić, skoro nasz wysiłek był skoncentrowany gdzie indziej.

Jedynym plusem jest wstępna zgoda na przyszłą rozmowę o sposobie przeprowadzania wyborów na wysokie stanowiska w UE, który dziś jest określony w traktatach bardzo ogólnikowo. I to można by ogłosić jako choćby umiarkowany polski sukces, gdyby nie zniknął on całkowicie w zestawieniu z mocarstwowymi pohukiwaniami przed szczytem. Końcowy akcent w postaci odmowy podpisania przez Beatę Szydło konkluzji szczytu sprawiał już wrażenie całkowicie infantylne, jak płacz czterolatka, któremu rodzice nie kupili lodów.

Na koniec uwaga do tych, którzy nawołują do dymisji ministra Waszczykowskiego (w czasie szczytu przebywającego zresztą w Warszawie): nie ma do niej żadnego powodu. W kwestii Tuska szef MSZ był jedynie wykonawcą politycznych poleceń kierownictwa partii.

/ Źródło: DoRzeczy.pl
/ kga
 172
  • obserwator IP
    Dodaj odpowiedź 8 1
      Odpowiedzi: 0
    • andrzej IP
      Bardzo rozsądny artykuł. Logika argumentów nie do obalenia.
      Dodaj odpowiedź 29 8
        Odpowiedzi: 0
      • Saneskobarczyk IP
        Jeszcze to odszczekasz panie Warzecha jak zobaczysz co z tego będzie. Nie poszło to na marne, a pańskie analizy funta kłaków z futra pani premier nie warte. "Minister jedynie wykonawcą poleceń kierownictwa partii". A czyim miał być? Księdza proboszcza? PiS wygrał wybory, PiS rządzi. A pan żeś z Marsa zleciał. W Polsce minister nie jest księciem udzielnym. Partie rządzą - ocknij się pan panie Warzecha.
        Dodaj odpowiedź 9 92
          Odpowiedzi: 0
        • Gulgul IP
          "Cui prodest"... PiS nie po raz pierwszy dał Putinowi wspaniałą okazję do odbicia korka w krymskim szampanie. Obawiam się, że jeszcze za mojego życia warszawski Belweder powróci w ręce budowniczych... Ale może, z drugiej strony, to jakaś strategia: dawać Putinowi tyle okazji do radosnego picia, żeby na marskość umarł?
          Dodaj odpowiedź 66 5
            Odpowiedzi: 0
          • Polak 1-szej prędkości IP
            Zapewne najlepszym rozwiązaniem byłoby nie zdradzać się wcześniej ze swoją decyzją o zamiarze niezagłosowania na Tuska. Tylko sprzeciwić się w trakcie wyborów, uznając , że nie jest godny wyboru szkalując przeciw swojemu narodowi.
            Dodaj odpowiedź 2 30
              Odpowiedzi: 0
            • paspartu IP
              mam wrażenie, że przed rządem PiS stoją teraz dwa możliwe rozwiązania. Po pierwsze, może wykazać, że szukaliśmy guza celowo, bo dzięki temu że oberwaliśmy teraz mamy silny pretekst
              do ataku, na przykład na obce media polskojęzyczne, które raz dwa znacjonalizujemy i weźmiemy odwet, co zostanie uznane za sprawiedliwe, bo przecież nas skrzywdzono, pominięto, zlekceważono więc "my im teraz pokażemy". Po drugie, rząd nie zrobi niczego, prócz lamentowania jak nas skrzywdzono i moralnie upokorzono, co spowoduje, że w oczach opinii publicznej rząd PiS stanie się rządem walczącym z wiatrakami. Są elementy donkiszoterii w rzucaniu się pod czołg, można takie zachowania odczytać jako nieracjonalne. Jest to największe zagrożenie dla wizerunku PiS i rządu Beaty Szydło. Dlatego sugeruję, żeby wybrać rozwiązanie pierwsze i dla przykładu wytarmosić Axel Springera i jeszcze jakąś francuską firmę telekomunikacyjna w Polsce, za to co powiedział Hollande. Niech wiedzą, że jak się nas ignoruje, to to kosztuje. Pozdrawiam czytelników dorzeczy.pl
              Dodaj odpowiedź 12 33
                Odpowiedzi: 2
              • Artur IP
                "Na koniec uwaga do tych, którzy nawołują do dymisji ministra Waszczykowskiego (w czasie szczytu przebywającego zresztą w Warszawie): nie ma do niej żadnego powodu. W kwestii Tuska szef MSZ był jedynie wykonawcą politycznych poleceń kierownictwa partii."
                Jednym słowem Odpuścić należało wszystkim, począwszy od szeregowca, skończywszy na generale, bo przecież byli wykonawcami nie tylko poleceń, ale rozkazów Hitlera....
                To zła i słaba linia obrony dla pana Waszczykowskiego...
                Dodaj odpowiedź 58 4
                  Odpowiedzi: 1
                • SKĄD TYLE ŁAPEK W GÓRE DLA PO-KOMUCHÓW? IP
                  Treść została usunięta
                  Dodaj odpowiedź 13 115
                    Odpowiedzi: 4
                  • errata IP
                    Moje największe zwycięstwo od czasów Grunwaldu - przestaję czytać, oglądać i klikać. Mam serdecznie dość bufonów. Panie Omnibus, PJN nie istnieje. Pozdrowienia dla Kataryny :)
                    Dodaj odpowiedź 10 15
                      Odpowiedzi: 0
                    • sultanofswing IP
                      Jezusie, Maryjo! Polski dziennikarz napisał mądry, merytoryczny tekst na temat polityki. Jestem w szoku. Oczywiście przekazuję wyrazy wielkiego szacunku dla autora i dla jego szefów, którzy ten tekst zamieścili.
                      Dodaj odpowiedź 142 8
                        Odpowiedzi: 2
                      • marian IP
                        "każdą istotną ofensywę trzeba przygotować z wyprzedzeniem, bo wymaga ona rozpoznania interesów potencjalnych sojuszników i przeciwników, mozolnych dyplomatycznych zabiegów, spotkań" Tak właśnie zrobił Schetyna, tak skutecznie obrzydził własny rząd, że żaden kraj na nas nie głosował bo uznano to  za element walki wewnętrznej. Pozostaje pytanie co Polska na tym zyskała?
                        Dodaj odpowiedź 14 53
                          Odpowiedzi: 0
                        • Samozapłon IP
                          BRAWO!!! Kaczyński łyknął Jacka Syriusz-Wolskiego jak małpa banana. A to była zakamuflowana opcja Donalda. Resztę roboty wzorowo wykonał sam prezes. Samozaoranie na własny rachunek. Jeden ruch, bez intryg, manipulacji, proszenia, negocjacji, bez straty czasu, trafiony, zatopiony. Majstersztyk Tuska.
                          Dodaj odpowiedź 68 19
                            Odpowiedzi: 0
                          • W Oparach Warzechizmu ;) IP
                            Czytam ponownie tekst pana Warzechy, i im lepiej rozumiem co ten panocek ma na myśli, tym częściej wesoło (i ciut złośliwie) się podśmiewam.

                            Weźcie to: "musimy przede wszystkim odrzucić godnościową retorykę, która nie opisuje międzynarodowej rzeczywistości."

                            - Co to konkretnie takiego ta "godnościowa retoryka, która nie opisuje międzynarodowej rzeczywistości"? Ktoś kuma? Czy on ma na myśli, że istnieje też "godnościowa retoryka, która opisuje międzynarodową rzeczywistość", i że ta retoryka jest warta przygarnięcia?

                            RE: "W polityce międzynarodowej nie ma zwycięstw moralnych"

                            - Powyższe nie zgadza się z faktami historycznymi. Te pokazują, że istnieją zwycięstwa odniesione w polityce, które są zarazem zwycięstwami moralnymi. Przykłady: zwycięstwa Gandhiego, Luther Kinga, Mandeli, Solidarności.

                            To z Solidarności w istocie wywodzi się ideowo PiS, w tym jego twórca Jarosław Kaczyński.

                            Również polityczne zwycięstwo PiS-u w ostatnich wyborach jest zarazem zwycięstwem moralnym nad wysoce niemoralną PO.

                            RE: "a sukcesem nie jest „zachowanie się, jak trzeba”, tylko osiągnięcie wymiernego efektu możliwie najmniejszym kosztem; względnie – zminimalizowanie strat"."

                            - Czy on ma na myśli, że w polityce międzynarodowej sukcesem jest "nie zachowanie się jak trzeba"? Jeśli tak, to skoro on twierdzi, że pani Premier Szydło zachowała się na Malcie źle, błędnie, czyli zachowała się nie tak jak trzeba, to według niego odniosła tam sukces, prawda?

                            To czego on i jemu podobni tak się pultają na Panią Premier i PiS za Maltę? :)

                            (Przy okazji, zauważcie, że w tych atakach na Panią Premier, pana Kaczyńskiego, i w ogóle PiS, "za Maltę", domniemani publicyści prawicowi zgadzają się doskonale z kodziarstwem, lewactwem, schetinami, i podobnym elementem, w irracjonalności i histeryczności oskarżeń.)

                            Dalej, on twierdzi, ze w "polityce międzynarodowej" rzekomo sukcesem jest "tylko osiągnięcie wymiernego efektu możliwie najmniejszym kosztem; względnie – zminimalizowanie strat"."

                            To też wydaje się nieprawdą. Bo fakty pokazują, że w polityce międzynarodowej sukcesem jest też osiągnięcie wymiernego (rozumiem jako "mającego ustalony wymiar") efektu możliwie największym kosztem. Przykłady: Pyrrus, Hitler, Stalin, Mao.

                            Oraz, zdaje się, także Tusk?

                            Bo co prawda znów został tym unijnym pierwszym sekretarzem, czy przewodniczącym, ale jakim kosztem?

                            Czytam dalej tekst pana Warzechy, to w istocie kazanie do zawodowych wygów politycznych - pana Premiera Kaczyńskiego, Pani Premier Szydło, PiS-u - jak się właściwie prowadzi politykę...

                            I na myśl mi przychodzi: "Czy pewien rozkosznie zadufany w sobie, arogancki, domorosły mądrala uważa, że pani Premier et al. nie znają różnych banalnych teoryjek? A może znają, słyszeli, ale mówią: "Dziękuję, nie skorzystam"?"
                            :)
                            Dodaj odpowiedź 21 84
                              Odpowiedzi: 2
                            • ewelina IP
                              „Gdy Tusk wróci do Polski, będzie uznawany za niemieckiego nominata i nie będzie mieć szans w wyborach prezydenckich w 2020 roku "Tak tylko uważa pospólstwo z jedną komórką mózgową albo z przechlany mózgiem .i oczywiście prezes ktory nie ma zadnych ograniczeń moralnych w obrażaniu ludzi
                              Dodaj odpowiedź 50 22
                                Odpowiedzi: 0
                              • Twoja POlska, moja Polska IP
                                @ Ellen

                                Nawet gdyby Niemcy mieli kandydata u siebie, czemu nie byłoby możliwe, żeby Tusk też był kandydatem niemieckim? Faktycznie on JEST kandydatem niemieckim. Nie wiedziała, że rząd polski go nie poparł? Nie wiedziała, że poparła go kanclerz niemiecka?

                                Czemu fakt, że dyplomacja rządu PiS starała się, żeby inne państwa nie głosowały na Tuska, to niby dowód, że nie było presji niemieckiej na 27 państw, żeby poparły Tuska? Ta presja niemiecka była nawet na  niepopierającą Tuska Polskę.

                                Czemu niby "Prawdziwi Polacy" musza mieć niezły galimatjas (sic) po rzekomej "nieudanej szarży rządu PiS"? A co ty, dobra kobieto, konkretnie rozumiesz przez tę rzekomą "szarżę rządu PiS"? Wiesz? To oświeć.
                                Zazdrościsz, że nie jesteś "Prawdziwą Polką" i nigdy nie będziesz? :)

                                Jasne, że rząd danego kraju nie jest tym danym krajem. Ale jeśli obecny rząd w Polsce rzekomo nie jest rządem polskim, to każdy rząd w każdym innym kraju nie jest rządem tego kraju.
                                Np. rząd w Niemczech nie jest rządem niemieckim.

                                Dla mnie, Polaka, rząd pisowski jest nie tylko rządem polskim, ale arcypolskim. To jest pierwszy prawdziwie patriotyczny, dbający o naród, nieskorumpowany, czysty moralnie rząd w Polsce od czasów Międzywojnia (1918-1939).

                                POwiadasz, że Tusk to Polak?
                                Dla ciebie i takich jak ty?
                                Rozumiemy, że w twoim osobistym "języku" "Polak" to tyle co u nas Polaków "polonofob".
                                Oraz rozumiemy, że w twoim osobistym "języku" "poważana Polska" to tyle co u nas Polaków "POlska w głębokim POważaniu".
                                Dodaj odpowiedź 14 57
                                  Odpowiedzi: 1

                                Czytaj także