Cenzura na Facebooku. Zablokowano wpis o książce "Imperium Sodomy i jego sojusznicy"

Cenzura na Facebooku. Zablokowano wpis o książce "Imperium Sodomy i jego sojusznicy"

Dodano: 15
Facebook, zdjęcie ilustracyjne
Facebook, zdjęcie ilustracyjne Źródło: Flickr / Stock Catalog / (CC BY 2.0)
Dziennikarz Michał Kwilecki opublikował na swoim koncie na Facebooku post dotyczący książki "Imperium Sodomy i jego sojusznicy" autorstwa Pawła Lisickiego. Administratorzy serwisu zablokowali post, a następnie go skasowali.

W czerwcu 2023 roku wydawnictwo Fronda wydało książkę Pawła Lisickiego "Imperium Sodomy i jego sojusznicy. Szkice na temat upadku cywilizacji zachodniej z nutką optymizmu mimo wszystko".

O znaczeniu tej publikacji i emocjach jakie wywołuje analizowany temat świadczy między innymi decyzja administratorów serwisu Facebook, którzy zdecydowali się skasować wpis poświęcony książce.

Treści "niezgodne" ze standardami Facebooka

O blokadzie poinformował nas dziennikarz i publicysta z Wrocławia Michał Kwilecki. Jak przyznaje w rozmowie z serwisem Dorzeczy.pl, chociaż jest użytkownikiem Facebooka od wielu lat, taka sytuacja przydarzyła mu się po raz pierwszy.

– Upubliczniłem na mojej stronie na Facebooku post dotyczący książki Pawła Lisickiego "Imperium Sodomy i jego sojusznicy" i od razu dostałem wiadomość, że prezentuje tematy, teksty niezgodne ze standardami serwisu – relacjonuje dziennikarz.

Jak podaje dalej Kwilecki, został on także poinformowany, że post został skasowany, a on został "chwilowo zablokowany" przez serwis.

– Zacząłem się odwoływać i moje konto zostało przywrócone, natomiast otrzymałem informacje, że ten post i tego typu posty, które nie spełniają standarów Facebooka, będą kasowane, a jeśli będę powtarzał publikację takich postów, to także zostanę zbanowany – dodaje publicysta.

"Imperium Sodomy. I jego sojusznicy". Fragment książki

Poniższy tekst to fragment książki Pawła Lisickiego pt. „Imperium Sodomy i jego sojusznicy”, wyd. Fronda.

Prawdziwym problemem jest zmiana postawy studentów. Nowe pokolenie, wychowane w skrajnie relatywistycznym i postmodernistycznym otoczeniu, nie rozumie znaczenia debaty i wartości argumentu racjonalnego. Nie zgadzać się z czymś to nie prezentować inny pogląd, ale wyrażać swoje oburzenie – uważają. Sąd nie jest już dla nich sądem, ale obrazą, urazą. Z przeciwnym poglądem nie mogą się po prostu nie zgadzać, muszą go potępić. Fałszywa opinia, tak jak ją rozumieją, nie ma prawa pojawić się w przestrzeni publicznej, bo mogłaby kogoś urazić. Dlatego nad poprawnością przekazu mają czuwać, również na uczelniach, zdeterminowane grupy uświadomionych, przebudzonych studentów, którzy są „woke” (z angielskiego obudzony, przebudzony). W każdej chwili gotowi są do ataku, wywołania burdy czy awantury. Działają przecież w imię postępu.

Wielu współczesnych studentów przypomina pod tym względem chińskich hunwejbinów. Najbardziej radykalni nie wahają się używać siły i przemocy, by zastraszyć inaczej myślących. Wprawdzie agresja współczesnych zachodnich „woke” studentów wciąż nie dorównuje temu, co prezentowali ich chińscy poprzednicy, ale cel działania jest dokładnie taki sam. Otóż tak lewicowcy na Zachodzie, jak chińscy hunwejbini nienawidzą przeszłości. Z tego punktu widzenia coraz bardziej powszechna zachodnia cancel culture to inna forma chińskiej walki z „czterema starymi rzeczami”.

Warto przypomnieć, że „cztery stare rzeczy” miały stanowić w oczach chińskich komunistów cztery najważniejsze przeżytki społeczeństwa burżuazyjnego (czyli po prostu niekomunistycznego). Należało zwalczać stare idee, starą kulturę, stare zwyczaje i stare nawyki. Do ataku na tych, którzy wciąż pozostawali wyznawcami czterech starych rzeczy, wezwał jako pierwszy komunistyczny gensek Lin Biao 18 sierpnia 1966 roku, działając zresztą na zlecenie i ze wsparciem towarzysza Mao. Grupy studentów, czyli właśnie hunwejbini, wzięły sprawę w swoje ręce. W Chinach wykładowców bito, torturowano i publicznie poniżano. Nie wolno było obchodzić tradycyjnych świąt, zakazano praktykowania kultu przodków. Hunwejbini tropili swoje ofiary nie tylko na uczelniach, organizowali też pogromy ceremonii ślubnych i pogrzebów. Pod ich presją władze komunistyczne zamykały pagody, świątynie, kościoły, cmentarze. Niektóre z co bardziej cennych zabytków po prostu zburzono lub zrównano z ziemią. To, co zaczęło się na uniwersytetach, tam też osiągnęło swoje logiczne spełnienie: wiele uczelni zamknięto. Rzeczywiście, czyż ich samo istnienie nie jest dowodem na to, że jeden pogląd jest lepszy od innego? Że ktoś próbuje przekazać wiedzę i prawdę niezależnie od postępu?

Wyrzucić sędziego z uczelni

Na ogół nie dość poprawnym naukowcom na Zachodzie odmawia się prawa do zabrania głosu. Zdarza się jednak, że tak jak w Chinach próbuje się ich publicznie zawstydzać i poniżać – co zresztą jako żywo przypomina działania tłuszczy studenckiej z maja 1968 roku, kiedy to niektórym profesorom zakładano na głowy kosze na śmieci. W ostateczności niepokornych próbuje się wydalić z uniwersytetu. To przypadek sędziego Sądu Najwyższego USA Clarence’a Thomasa. Po tym, jak zagłosował za orzeczeniem wskazującym, że nie istnieje konstytucyjne prawo do aborcji, omal nie stracił pracy wykładowcy.

Z uczelni, gdzie jest wykładowcą, Uniwersytetu George’a Washingtona, chcieli się go pozbyć studenci. Pod petycją wzywającą do odwołania sędziego wykładowcy zdołali zebrać niemal 8 tys. podpisów. „W związku z ostatnią decyzją Sądu Najwyższego, która pozbawiła prawa do autonomii cielesnej ludzi z macicami i w związku z jego wyraźną intencją, by dalej pozbawić praw ludzi queer i odebrać ludziom swobodę praktykowania bezpiecznego seksu bez obaw o ciążę, jest czymś oczywistym, że zatrudnienie Clarence’a Thomasa na Uniwersytecie George’a Washingtona jest całkowicie nie do przyjęcia”. Treść odezwy studenckiej mówi sama za siebie. Znajdujemy tu klasyczne dla rewolucyjnego bełkotu określenia: zamiast kobiet pojawiają się „ludzie z macicami”, ludzie z rozchwianą tożsamością płciową to „ludzie queer”. Podobnie jasne jest wezwanie – wykładowcę trzeba wywalić z uczelni. W tym przypadku, na razie przynajmniej, władze nie uległy i „cztery stare rzeczy” wciąż znajdują swoje miejsce.

Soros wspiera radykałów

Jesteśmy zatem, wszystko na to wskazuje, na początku tej drogi, którą podążyli Chińczycy. Nie mam jednak złudzeń, że rewolucja się zatrzyma. Wystarczy przywołać słowa jednego z jej głównych sponsorów, George’a Sorosa, przewodniczącego Soros Fund Management i Open Society Foundations, speca od spekulacyjnych funduszy hedgingowych. Po wyroku Sądu Najwyższego USA Soros ogłosił wojnę z ekstremistami. W tekście zatytułowanym US Democracy Under Concerted Attack zamieszczonym 4 lipca na stronie Project-syndicate.org Soros pisze o rzekomym skoordynowanym ataku „radykałów” na amerykańską demokrację, którzy dążą do „przekształcenia Stanów Zjednoczonych w represyjny system”. Akcja ma być starannie zaplanowana. Dowodem działania wrogiego spisku ma być ostatnia decyzja Sądu Najwyższego znosząca orzeczenie Roe przeciw Wade z 1973 r.

„Stany Zjednoczone – od czasu założenia w 1776 r. – są stale rozwijającą się demokracją, ale ich przetrwanie jako demokracji jest obecnie poważnie zagrożone. Za ten kryzys odpowiada szereg luźno powiązanych ze sobą wydarzeń w kraju i za granicą”. Największym zagrożeniem według Sorosa są obecnie „wrogowie wewnętrzni demokracji”, czyli „obecny Sąd Najwyższy zdominowany przez skrajnie prawicowych ekstremistów oraz Partia Republikańska Donalda Trumpa, która umieściła tych ekstremistów w Trybunale”. Za wszelką cenę trzeba ich powstrzymać, woła Soros. Nie mam wątpliwości, że na słowach się nie skończy i solidne sumy znowu popłyną do najbardziej wywrotowych organizacji. Rewolucja nie może się cofać. (…).

Źródło: DoRzeczy.pl
Czytaj także