W swoim przekonaniu – pomagają. Ale gdyby nawet po tylu latach i po tylu przegranych kampaniach wyborczych, w które angażowali się, jak umieli, dotarło do nich, że ta ich pomoc przynosi obozowi, który wspierają, szkody – nie przestaliby. Potrzeba politycznego zaangażowania "w sprawy publiczne" i sposób tego zaangażowania są zbyt głęboko zakodowane w ich tożsamości, w kulturowym DNA.
O kim mowa? Różnie ich nazywamy: udecją (od skrótu nazwy Unii Demokratycznej, zapomnianej już dziś partii z początków III RP), michnikowszczyzną, salonem, intelektualistami czy elitami intelektualnymi – te dwa ostatnie określenia biorąc w ironiczny cudzysłów. Mowa o nieodmiennie takim samym i tak samo realizowanym wsparciu, którego udzielają oni politycznej emanacji lewicowo-liberalnych salonów, jakkolwiek się ona w danym momencie nazywa – Unia Wolności, SLD, Lewica i Demokraci czy PO. Wsparciu polegającym na użyciu swego autorytetu (delikatnie mówiąc, notorycznie przecenianego) do rugania polskiego społeczeństwa, zawstydzania i zmuszania w ten sposób, by zagłosowało na właściwą partię, ponieważ jest to partia ludzi oświeconych i szlachetnych, przeciwstawiająca się złu – populizmowi, faszyzmowi, rasizmowi etc.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.