Trwało to bardzo wiele lat – znacznie więcej niż trwa obecna kadencja Sejmu. Starali się o to politycy, milionerzy, globaliści, celebryci i inni przeróżni promotorzy homoseksualizmu. Ale Polacy dzielnie się bronili.
Aż do teraz. Donald Tusk, przez wiele lat wcale niepałający wielką wolą legalizacji związków jednopłciowych, umiejętnie grający tym tematem, a czasem wręcz szantażujący tęczową część wyborców, w końcu zdecydował się na ten ruch. To on bowiem, po chwili wyraźnego wahania mającego po raz kolejny zbadać nastroje społeczne, zdecydował się na haniebny, przechodzący do annałów najgorszych decyzji polskich rządów krok. To za sprawą jego politycznej decyzji rząd zdecydował się na zlecenie Urzędom Stanu Cywilnego transkrypcji aktów „małżeństwa” zawartego przez dwie osoby jednej płci w innych krajach Unii Europejskiej.
Powtórzmy wyraźnie, bo wydaje się, że wciąż mało kto zdaje sobie z tego sprawę. Nie chodzi o związek partnerski dwóch mężczyzn czy kobiet. Chodzi o małżeństwo. Małżeństwo. Ale osób tej samej płci. Ma być teraz uznawane przez polskie urzędy i traktowane na równi z normalnym, prawdziwym małżeństwem.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
