W 1998 r. zostałem pracownikiem Biura Rzecznika Interesu Publicznego kierowanego wtedy przez sędziego Bogusława Nizieńskiego. W kolejnych latach pomagałem przygotowywać merytorycznie wnioski o lustrację wnoszone przez moich Znamienitych Przełożonych (oprócz rzecznika byli to prokurator Krzysztof Lipiński i sędzia Krzysztof Kauba), ale też wiele godzin siedziałem na sali sądowej w czasie procesów lustracyjnych. Moje kontakty z owym sądem były jednak znacznie szersze: czytałem akta w kancelarii tajnej i sekretariatach, a w czasie tzw. procesów prezydenckich analizowałem dokumenty (m.in. Aleksandra Kwaśniewskiego), które UOP dostarczał kilka godzin przed posiedzeniami sądu (!). Przez kilka lat obserwowałem i przysłuchiwałem się, z kim w tym sądzie mam do czynienia. Wyglądało to źle: nie wszyscy sędziowie przykładali się do pracy i zachowywali właściwie. Tak jak w przypadku lustracji ówczesnego marszałka Sejmu Józefa Oleksego, w przeszłości agenta wywiadu wojskowego PRL. Niektórzy sędziowie wręcz przymilali się do tego starego, ale jednak wpływowego komucha z PZPR, a potem SLD. Któregoś dnia, szukając w sądzie wypożyczonych z kancelarii tajnej akt sprawy Oleksego, trafiłem do jednego z sędziowskich gabinetów. Napotkałem lustrującego i lustrowanego konsumujących wspólnie butelkę koniaku. Pełna fraternizacja.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
