Sankcje Zachodu zaszkodziły znacznie bardziej Europie niż Rosji. Wydawać by się mogło, że perspektywę zakończenia wojny ukraińskiej przywódcy europejscy przyjmą z entuzjazmem. Stało się jednak zupełnie inaczej. Skoro nie chodzi o pieniądze, to o co chodzi?
Zbadajmy podstawowy argument partii wojny: Celem Rosji jest agresja na Europę. Jeśli nie pokonamy Rosji zbrojnie na Ukrainie, Rosjanie zaatakują zbrojnie kolejne kraje. Jeśli spojrzymy na to co działo się pod koniec istnienia ZSRR i po jego likwidacji, teza ta wydaje się mocno wątpliwa. Rosjanie zlikwidowali Układ Warszawski i wycofali swoje wojska z Europy Środkowej, otrzymując w zamian obietnicę, że NATO nie będzie rozszerzało się na wschód. Od tego czasu do NATO zostały przyjęte: Polska, Republika Czeska, Węgry, Estonia, Łotwa, Litwa, Słowacja, Słowenia, Rumunia, Bułgaria, Chorwacja, Albania, Czarnogóra, Macedonia. W 1997 roku wpływowy politolog amerykański, Zbigniew Brzeziński, przedstawił koncepcję rozbicia Rosji na kilka państw. Trudno się dziwić, że Rosjanie uznali plan przyjęcia Gruzji, a później Ukrainy do NATO za kolejny etap planu, który Brzeziński zaprezentował w książce „Wielka Szachownica”.
Doświadczenia ostatnich dziesięcioleci pokazują, że to NATO prowadzi agresywną i ekspansjonistyczną politykę. Można domyślać się, że celem elit amerykańskich jest utrzymanie światowej hegemonii i zadbanie o interesy kompleksu militarno-przemysłowego, trudno jednak znaleźć racjonalne powody entuzjazmu wojennego wśród polityków europejskich. Tymczasem po rozmowie telefonicznej Trump-Putin i negocjacjach Rubio-Ławrow obserwowaliśmy wzmożenie wojenne wśród polityków Unii Europejskiej. Wydawało się, że prezydent Macron i premier Starmer gotowi są natychmiast wysłać wojska na Ukrainę. Chodziło im chyba jednak o wojska polskie, bo kiedy politycy znad Wisły okazali większą wstrzemięźliwość, Macron i Starmer postanowili wyruszyć za ocean, aby błagać hegemona o kontynuowanie wojny.
Po co jednak Macronowi, Starmerowi i innym wojna? Jedynym możliwym wyjaśnieniem są względy ideologiczne. Od dziesięcioleci elity finansowe, medialne i polityczne Zachodu prowadzą kampanię zmierzającą do likwidacji chrześcijaństwa, moralności, a w konsekwencji wolności, którą chlubiła się zawsze Europa. Kampanie na rzecz ratowania klimatu, walka z terroryzmem, sanitaryzm, genderyzm, walka z mową nienawiści mają wspólny mianownik – zniewolenie ludzi Zachodu. Temu samemu służy również przedstawianie Rosji jako potwora pragnącego pożreć Europę. Prawdziwi wrogowie Zachodu znajdują się nie na zewnątrz, ale wewnątrz. Wyraźnie powiedział to J.D. Vance w Monachium.
Rewolucjoniści europejscy, często ukrywający się pod nazwą chadeków lub konserwatystów, którzy od lat rządzą Unią Europejską, są za słabi, aby kontynuować wojnę na Ukrainie czy narzucić światu kolejną pandemię. Dlatego opłakują Wielkiego Rewolucjonistę Bidena i łudzą się, że Trump będzie dzieło rewolucji kontynuował. Normalnych ludzi cierpienie rewolucjonistów nie powinno wzruszać.
Zdumiewające jest, że wśród sierot po Bidenie znajdują się również patrioci polscy, ale to temat na osobny tekst.
Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.
Zapraszamy do wypróbowania w promocji.
