W poniedziałek z wezwaniem takim wystąpił przewodniczący klubu poselskiego Konfederacji Grzegorz Płaczek. Ugrupowanie to co do zasady nie sprzeciwia się pewnej pomocy Polski dla Ukrainy, ale kwestionuje jej zakres, a także konsekwentnie podnosi problem dotyczący, że polskich pieniędzy prawdopodobnie jest zżeranych przez tamtejszą korupcję.
"W Polsce media uparcie milczą, Warszawa i Bruksela siedzą cicho – ale warto, żeby Polacy to usłyszeli. Zgodnie z doniesieniami, które jako pierwszy opisał The Wall Street Journal, podczas prac nad amerykańskim planem «pokojowym« dla Ukrainy miało dojść do sytuacji kuriozalnej" – czytamy we wpisie Płaczka na Facebooku.
"Zanim świat zobaczył pierwszy 28-punktowy projekt, w obiegu miała być klauzula o obowiązkowym audycie całej dotychczasowej międzynarodowej pomocy – audycie, który mógłby ujawnić nadużycia i korupcję na Ukrainie. Ukraina miała jednak naciskać, by ten zapis… usunąć. Następnie w przestrzeni publicznej pojawiła się informacja, że zapis o audycie na Ukrainie został «zmiękczony» i został zastąpiony inną klauzulą – aż w końcu ZNIKNĄŁ z ostatecznej wersji ujawnionej opinii publicznej" – przypomina poseł.
Konfederacja: Chodzi o elementarną uczciwość wobec podatników
"To budzi uzasadnione pytania. I nie chodzi tutaj o żadną «złośliwość» wobec Ukrainy. Chodzi o elementarną uczciwość wobec podatników państw, które finansowały dotychczasowe wsparcie i o polską rację stanu. Jeśli kolejne miliony i miliardy mają dalej płynąć – na co naciska Warszawa – audyt i realna kontrola dotychczasowego wsparcia muszą być warunkiem! Tym bardziej, że w ostatnich miesiącach pojawiały się kolejne doniesienia o śledztwach i skandalach korupcyjnych na wysokich szczeblach na Ukrainie. Mówimy o setkach milionów dolarów. Polski rząd w tej sytuacji – niezależnie od opracowywanego planu pokojowego – powinien natychmiast postawić sprawę jasno: zero kolejnych przelewów do Kijowa bez audytu dot. dotychczasowej pomocy i bez mechanizmów kontroli nowych transz!" – uważa Płaczek.
"Bo inaczej politycy będą ludziom sprzedawać bajki o «wartościach», a rachunek – jak zwykle – zapłacą obywatele. Także Polscy. Jesteśmy suwerennym krajem, czy już całkiem nam polska władza odleciała?" – pyta polityk.
Unijna pożyczka dla Ukrainy. W praktyce darowizna?
Przypomnijmy, że 19 grudnia Rada Europejska (szefowie rządów państw UE) podjęła decyzję polityczną o przyznaniu Ukrainie 90 miliardów euro na lata 2026-27. Unijni przywódcy nie zdecydowali się natomiast na zabranie (nacjonalizację) zamrożonych w Europie – głównie w Belgii – rosyjskich aktywów w wysokości ok. 200-250 miliardów euro.
Pieniądze dla Ukrainy mają zostać przekazane w formie pożyczki i będą pochodziły z zaciągniętego przez państwa UE wspólnego długu. Społeczeństwa europejskie nie zostały zapytane, czy chcą obciążyć się tym długiem. W przedsięwzięcie nie weszły Węgry, Czechy i Słowacja. Publicysta i dziennikarz "Do Rzeczy" Łukasz Warzecha wyliczył, że jeśli chodzi o nasz kraj to uśredniając każdy pracujący Polak zapłaci w te dwa lata ok. 2200 zł.
Pożyczka ma być spłacona przez Ukrainę wyłącznie wtedy, gdy uzyska reparacje, co z kolei oznacza, że Rosja musiałaby zostać pokonana w wojnie i przymuszona do wypłacenia. W rzeczywistości pożyczkę spłacać będą zatem europejscy podatnicy. Politycy koalicji rządzącej i część mediów mówią, że to Rosja zapłaci.
Czytaj też:
"Miss korupcji" z parlamentu. Kolejna afera korupcyjna na Ukrainie
Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.
Zapraszamy do wypróbowania w promocji.
