Koniec grudnia, gdy większość państw zwalnia, Pekin przyspieszył. W dniach 29 i 30 grudnia Wschodni Teatr Działań chińskiej armii rozpoczął największe dotąd manewry wokół Tajwanu pod kryptonimem „Justice Mission 2025”. W ćwiczeniach brały udział siły lądowe, marynarka, lotnictwo, wojska rakietowe oraz straż przybrzeżna. Strefy ćwiczeń rozmieszczono w Cieśninie Tajwańskiej oraz na północ, południowy zachód, południowy wschód i wschód od wyspy. Oficjalne cele brzmiały technokratycznie: „patrole gotowości bojowej”, „zajęcie przewagi” i „blokada kluczowych portów”. W praktyce: pełnoskalowa próba generalnej blokady.
Według danych tajwańskiego Ministerstwa Obrony Narodowej tylko pierwszego dnia odnotowano 130 chińskich maszyn w pobliżu wyspy, z czego większość naruszała dotychczasowy nieformalny „środek” cieśniny oraz kilkanaście okrętów marynarki i straży przybrzeżnej. Nadto na wschód od Tajwanu operowała grupa czterech dużych okrętów desantowych, oczywiście zupełnie przypadkowo idealnych do przerzutu piechoty morskiej. Drugiego dnia Chiny poszły dalej: z wybrzeża Fujianu odpalono 27 rakiet, z czego część spadła w wodach między 12 a 24 milą morską od tajwańskiego brzegu, czyli bliżej niż kiedykolwiek od czasu kryzysu z 2022 r.
Sednem ćwiczeń było hasło znane z chińskich komunikatów: „zamknąć porty, przeciąć linie”. Okręty i samoloty chińskiej armii ludowej koncentrowały się wokół newralgicznych punktów: przede wszystkim portów Keelung i Taizhong na północy oraz Kaohsiung i bazy wojennej w Zuoying na południu. Te miejsca to tlen dla tajwańskiej gospodarki: tędy wchodzą kontenery, surowce i, co najważniejsze, dostawy energii. Symulacja blokady miała pokazać, że Pekin jest w stanie jednym ruchem odciąć wyspę od reszty świata.
Uderzenie było wymierzone także w cywilnych odbiorców. Z powodu stref strzelań zamknięto znaczną część przestrzeni powietrznej nad Cieśniną Tajwańską. Tajwańska administracja lotnictwa cywilnego wyliczyła, że manewry wymusiły zmianę trasy lub odwołanie 857 lotów międzynarodowych i 84 krajowych, co dotknęło ponad 100 tys. Pasażerów: głównie na kierunkach Japonia, Korea i Azja Południowo-Wschodnia. Eksperci w Tajpej nazwali to wprost „quasi-blokadą”: testem, jak wygląda sparaliżowanie ruchu, ale jeszcze poniżej progu otwartej wojny.
Pekin opakował wszystko w dobrze znaną propagandę. Ministerstwo obrony mówiło o „sprawiedliwej misji” przeciw „separatystom” na Tajwanie i „zewnętrznym siłom”, które mają „mieszać się” w sprawy Chin. Po raz pierwszy chińskie władzy użyły retoryki, wpisując odstraszanie Amerykanów w oficjalny opis ćwiczeń. Chińskie media państwowe przedstawiały działania jako konieczną odpowiedź na „prowokację” w postaci najnowszego pakietu uzbrojenia dla Tajwanu z USA i rosnącej współpracy wojskowej z Japonią.
Tło jest istotne: kilkanaście dni przed manewrami administracja Donalda Trumpa ogłosiła rekordową sprzedaż broni dla Tajwanu: 11,1 mld dolarów na systemy HIMARS, artylerię, przeciwpancerne pociski kierowane i drony. To największy pakiet w historii relacji Waszyngton–Tajpej, wpisujący się w strategię uzbrojenia wyspy w tańsze, rozproszone środki obrony, koje utrudniają desant i blokadę.
Odpowiedź USA na chińska manewry była zatem dwupoziomowa: twarda w dokumentach, miękka w przekazie politycznym. Z jednej strony Departament Stanu opublikował stanowisko, w którym zarzucił Chinom, że swoimi manewrami i ostrą retoryką „bez potrzeby podnoszą napięcie” i wezwał Pekin do powstrzymania presji militarnej oraz powrotu do dialogu. Podkreślono też, że USA „wspierają pokój i stabilność w Cieśninie Tajwańskiej” i sprzeciwiają się jednostronnej zmianie status quo siłą. Z drugiej strony, sam prezydent Trump zbagatelizował sprawę. W odpowiedzi na pytania dziennikarzy stwierdził, że ma „świetne relacje” z Xi Jinpingiem, że Chiny „od lat” prowadzą tam ćwiczenia i że nie wierzy, by planowały inwazję w najbliższym czasie. Taka mieszanina twardych decyzji: sprzedaż broni i uspokajających słów to typowa „strategiczna niejednoznaczność” po amerykańsku, ale w wykonaniu obecnej administracji bardziej chaotyczna niż za poprzedników.
Dla Tajwanu „Justice Mission 2025” to sygnał, że Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza skraca czas między rutynowym „nękaniem” a dużymi manewrami. To ostrzeżenie, że przejście od „tylko ćwiczymy” do faktycznej blokady może zająć godziny, nie tygodnie. Dla USA i Japonii to test, czy zdołają w porę zareagować na rosnącą chińską „bańkę antydostępową” wokół wyspy. Dla Europy to natomiast przypomnienie, że wielki front globalnego kryzysu może pojawić się w ciągu weekend i natychmiast uderzyć w łańcuchy dostaw: od kontenerów po półprzewodniki.
Jedno jest pewne: „Justice Mission 2025” nie była tylko pokazem sił. Chiny ćwiczą realną blokadę: z bronią, rakietami, kontrolą przestrzeni powietrznej i kampanią informacyjną. Granica między „ćwiczeniami”, a rzeczywistym aktem wojny staje się coraz bardziej rozmyta, a Xi chce, by moment jej przekroczenia był wyłącznie kwestią jego decyzją.
Polecamy Państwu „DO RZECZY+”
Na naszych stałych Czytelników czekają: wydania tygodnika, miesięcznika, dodatkowe artykuły i nasze programy.
Zapraszamy do wypróbowania w promocji.
