Konflikt z Ukrainą? Jak uniknąć czarnego scenariusza

Konflikt z Ukrainą? Jak uniknąć czarnego scenariusza

Dodano: 
Marsz na ulicach Kijowa
Marsz na ulicach Kijowa Źródło: PAP/EPA / SERGEY DOLZHENKO
MARCIN SKALSKI Konflikt z Ukrainą, choć niekoniecznie musi przybrać postać otwartej wojny, nie jest w przyszłości scenariuszem wykluczonym. Należy go jednak brać pod uwagę i zapobiegać mu, nawet jeśli prawdopodobieństwo jego wystąpienia jest na razie niewielkie.

Pod koniec października 2025 r. na kanale „Ukrainer Q” w serwisie YouTube ukazał się wywiad z prezesem Związku Ukraińców w Polsce Mirosławem Skórką. Przeprowadzony po ukraińsku, w Polsce nie doczekał się należytej uwagi ani szczegółowego omówienia. Należy nad tym ubolewać, ponieważ padają tam tezy oraz diagnozy mogące zwiastować eskalację polsko-ukraińskiego konfliktu z dotychczasowej sfery pamięci historycznej do kolejnego stadium, którym jest konfrontacja etniczna, polityczna, a nawet jeszcze bardziej bezpośrednie formy takiego sporu.

Tymczasem we wspomnianym wywiadzie szef Związku Ukraińców w Polsce twierdzi, że „terytoria, które znajdują się dziś w granicach Polski, są integralną częścią ukraińskiej tożsamości i historii”, a mówiąc o Przemyślu, Chełmie czy Sanoku, zaznacza on, że „ukraińska historia jest obecna na tych terytoriach od zawsze”. Na temat Ukraińców w II Rzeczypospolitej prezes Skórka twierdzi, że „ci ludzie nie chcieli być polskimi obywatelami, przymusowo przyłączono ich do państwa polskiego”. Ponadto Mirosław Skórka argumentuje, że przyczyną bojkotu przez Ukraińców wyborów do Sejmu przed wojną była niechęć do „legitymizowania polskiej okupacji”. Najbardziej znamienne są jednak słowa Skórki, że „to, co stało się w latach wojny i po wojnie, to rezultat polityki przedwojennej Polski” oraz: „Za to, co stało się na Wołyniu, ponosi odpowiedzialność Druga Rzeczpospolita, to rezultat ich polityki”.

Wołyń winą Polaków

Gwoli uczciwości należy zaznaczyć, że prezes Związku Ukraińców w Polsce nie usprawiedliwia wołyńsko-małopolskiego ludobójstwa, ponieważ portretuje on wydarzenia z okresu drugiej wojny światowej oraz tuż po niej przede wszystkim jako wzajemny konflikt. O ile nie sposób Mirosławowi Skórce przypisać tego typu najgorszych intencji wobec Polaków, o tyle już samo obciążanie przedwojennej Polski odpowiedzialnością za krew przelaną na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej jest konsekwentną linią kolejnych prezesów Związku Ukraińców. W kwietniu 2017 r. ówczesny szef ZUwP Piotr Tyma następująco komentował rozbiórkę pomnika UPA w Hruszowicach na Podkarpaciu: „W sprawie Hruszowic prowokatorzy triumfują. Oczywiście zapomnieli, czym skończył się Polski triumf w 1938 nad cerkwiami Chełmszczyzny” – konkludował w tonie złowrogiej pogróżki, odnosząc się do tzw. akcji polonizacyjno-rewindykacyjnej przeprowadzonej przed wojną na ziemi chełmskiej oraz na Podlasiu, której to Wołyń miałby być rzekomo skutkiem.

Zarówno Skórka, jak i Tyma to przedstawiciele autochtonicznej mniejszości ukraińskiej w Polsce, która wraz z innymi grupami wschodniosłowiańskimi została rozsiedlona na powojennym terytorium Polski w wyniku operacji „Wisła”. Dlatego właśnie obydwaj urodzili się na Ziemiach Odzyskanych – Skórka w okolicach Kołobrzegu, a Tyma na Dolnym Śląsku. Jest to istotne o tyle, że operacja „Wisła” w subiektywnym odczuciu wysiedlanej ludności sprzyjała pielęgnowaniu historycznych pretensji wobec Polski. Linia Związku Ukraińców w Polsce reprezentowana przez kolejnych jego prezesów o takim właśnie rodowodzie nie jest zatem dziełem przypadku, lecz wynika z historii rodzinnej. Od resentymentów tych niewolne były zresztą kolejne pokolenia także tej wysiedlonej ludności, która nie poczuwała się do narodowości ukraińskiej, np. Łemków.

Zupełnie innej proweniencji jest rozmówczyni Mirosława Skórki – to znana dzięki swoim wypowiedziom w mediach ukraińska aktywistka Natalia Panczenko, skądinąd kilka lat temu obdarowana przez Rzeczpospolitą zaszczytem posiadania polskiego obywatelstwa. Pochodzi ona z Połtawy na Ukrainie Wschodniej i jest na tyle wpływową przedstawicielką ukraińskiej imigracji do Polski, że amerykańska ambasada w Warszawie zaprosiła ją do udziału w prestiżowym programie International Visitor Leadership organizowanym przez Departament Stanu USA. Mimo że o Panczenko głośno zrobiło się głównie ze względu na zapowiedź aktów dywersji w Polsce w razie natężania się na terytorium RP konfliktu polsko-ukraińskiego, to w rzeczywistości już dawno powinna ona zwrócić uwagę mediów.

W kwietniu 2014 r. jako organizatorka Euromajdanu Warszawa Panczenko twierdziła bowiem, że „UPA walczyła z Polakami za niepodległą Ukrainę”. O temacie Wołynia mówiła z kolei, że „to, co wydarzyło się w 1943 r., nie wzięło się znikąd”, winiąc przedwojenną Polskę za rozlew krwi w okresie drugiej wojny światowej. Gdy z kolei po przeprowadzeniu siłowej zmiany władzy na Ukrainie podpalono siedzibę opozycyjnej wówczas telewizji Inter, Panczenko kontentowała się widokiem pożaru, pisząc: „Jak pięknie płonie” – relacjonował portal Kresy.pl. To samo źródło podaje również, że Ukrainka umieściła w Internecie wpis ze zdjęciem spalonego ciała mężczyzny – ofiary masakry prorosyjskich demonstrantów w Odessie w maju 2014 r. – z napisami „Psu – psia śmierć!”, podpisując fotografię: „Żal ich Wam? Bo mnie nie – niech płoną!”. Jednocześnie nasza współobywatelka wyraziła oczekiwanie – co miało miejsce w 2023 r. na falach RMF24 – że Ukraińcy wkrótce będą mieli swoją reprezentację w Sejmie. „Skoro ta społeczność jest tak duża, to ktoś powinien ją reprezentować” – argumentowała, dodając, że niektórzy spośród 2,5 mln Ukraińców mieszkających w Polsce jeszcze przed 2022 r. „powoli zaczynają polskie obywatelstwa dostawać”.

Ukrainizacja Polski

Realizacja powyższego scenariusza to jednak gotowy przepis na katastrofę, a zarazem powtórkę z krwawej historii – bez względu na to, czy wydarzenia z przeszłości nazywamy ludobójstwem czy też „wzajemnym konfliktem”, jak czynią to Ukraińcy. Obecnie państwo polskie i tak jest już wyjątkowo nieudolne, o czym świadczy choćby niewiedza bądź zignorowanie przez nasze służby publicznie dostępnych wypowiedzi Panczenko, gdy ta ubiegała się o polskie obywatelstwo. Zarazem nasze państwo utrzymuje na etatach i grantach rozmaitych „ekspertów od dezinformacji”, którzy właśnie wobec wspomnianego wywiadu powinni natychmiast zareagować na wymierzone w Polskę przekłamania historyczne. W rządowych serwisach bądź też na stronach instytucji walczących samozwańczo z dezinformacją próżno szukać z kolei jakiejkolwiek polemiki z historycznymi fałszerstwami, a przecież wypowiadają je prominentne figury zarówno ukraińskiej ludności napływowej, jak i społeczności autochtonicznej, znajdując na tym polu wspólny język.

Artykuł został opublikowany w najnowszym wydaniu tygodnika Do Rzeczy.

Czytaj także