O godzinie 3:40 w czwartek polskie systemy wykryły niezidentyfikowany obiekt poruszający się w kierunku zachodnim. W celu jego rozpoznania poderwano dyżurny myśliwiec F-16. Sześć minut później obiekt zniknął ze wskazań radarów. W rejon skierowano śmigłowiec Mi-24, którego załoga zlokalizowała miejsce upadku w pobliżu Tarnawy-Kolonii. W wyniku działań ekspertów zidentyfikowano rosyjską rakietę Ch-101.
Mieszkańcy Lubelszczyzny usłyszeli ok. godz. 4 rano syreny. Rzecznik wojewody lubelskiego Marcin Bubicz przekazał, że alarm uruchomiono na polecenie Rządowego Centrum Bezpieczeństwa z powodu możliwego zagrożenia z powietrza. Nie objął on jednak północnej części Lubelszczyzny. Alarm został odwołany po godz. 4.
Błędy systemu ostrzegania ludności
W poniedziałek wojewoda lubelski Krzysztof Komorski przekazał, że 10 z 17 powiatów w regionie, gdzie pojawiła się rosyjska rakieta nie włączyły syren ostrzegawczych, mimo że powinny były to zrobić. Powód jest zaskakująco prosty.
Radiostacje, które odpowiadają za włączenie sygnału znajdują się z reguły w budynkach urzędów gminy. Dyżurujący pracownicy mieszkają tymczasem nawet kilkanaście kilometrów od nich. Z tego powodu nie są w stanie w przewidzianym okresie czasu (15 minut) dotrzeć na miejsce i uruchomić procedurę alarmową.
– Wybuch miał miejsce o godzinie 3:45. Widać to na filmikach z prywatnych kamer w okolicy. Natomiast do stanowiska kierowania, czyli dyżurnego strażaka, informacja o włączeniu syren wpłynęła e-mailem o godzinie 3:49. Czyli cztery minuty po uderzeniu – powiedział starosta biłgorajski Andrzej Szarlip.
Jak podaje Wirtualna Polska, w innym powiecie, puławskim, syren nie włączono, bo dyżurujący urzędnik nie usłyszał wiadomości SMS o konieczności prowadzenia nasłuchu przez radiostację.
Samorządowcy wskazują, że system będzie działał skutecznie dopiero kiedy w urzędach będą na stałe zatrudnione osoby zajmujące się wyłącznie kwestiami bezpieczeństwa.
– System jest ewidentnie niewydolny. Oczywiście łatwo jest powiedzieć, że w tym momencie są powiatowe centra zarządzania kryzysowego i tam powinien ktoś pełnić dyżur. Ale kto zapłaci za utrzymywanie tego personelu? Siłą rzeczy być może należałoby dorzucić samorządom pieniądze na to, żeby na przykład przynajmniej na szczeblu powiatowym ktoś pełnił 24-godzinne dyżury. To oznacza oczywiście, że nie chodzi o jeden etat, ale co najmniej 4-5 w skali powiatu – ocenia dr Michał Piekarski, pracujący w Instytucie Studiów Międzynarodowych i Bezpieczeństwa Uniwersytetu Wrocławskiego.
Czytaj też:
Wraca sprawa rosyjskiej rakiety. Śledczy znów na miejscu Czytaj też:
W jej pole uderzyła rosyjska rakieta. "Dowiaduję się z internetu. Dramat"
