Dopadł nas spór o kolejny długi skrótowiec. Po ACTA i TTIP przyszedł czas na CETA – Kompleksową Umowę Gospodarczo-Handlową między Unią Europejską i jej państwami członkowskimi a Kanadą. Jeśli 18 października Rada Unii Europejskiej się na to zdecyduje, to umowa zostanie podpisana 27 października. Stanie się to mimo wielu kontrowersji zarówno na prawicy, jak i na lewicy.
W tej kwestii podzielony jest także polski rząd: jej zdecydowanym zwolennikiem jest minister rozwoju Mateusz Morawiecki, z drugiej strony minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro obawia się negatywnych skutków dla naszego systemu prawnego, jednak w momencie zamykania numeru nic nie wskazuje na to, by Polska chciała sprzeciwiać się jej podpisaniu. Umowę krytykuje także część opozycji – w Sejmie Polskie Stronnictwo Ludowe i Kukiz’15, poza parlamentem partia Razem. Nierzadko w ostrych słowach – i tak lider Ruchu Narodowego Robert Winnicki mówi o tym, że ta umowa „utrwala status neokolonialny polskiej gospodarki”. Jeśli mu wierzyć, to po jej podpisaniu czeka nas prawdziwa apokalipsa.
Cepem w CETĘ
Tyle tylko, że nie czeka. CETA nie jest ani tak groźna, ani nawet tak istotna dla polskiej gospodarki, jak by się mogło wydawać z emfazy, w jaką wpadają jej krytycy. Umowa ma być, według niektórych, „małym TTIP”. Nieprawda: TTIP, czyli Transatlantyckie Partnerstwo na rzecz Handlu i Inwestycji, to umowa ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki, nie zaś z Kanadą – państwa te ze sobą graniczą, ale nie stanowią jedności.
