O Poczcie Polskiej, Krajowej Radzie Sądownictwa i demokracji
  • Mariusz MuszyńskiAutor:Mariusz Muszyński

O Poczcie Polskiej, Krajowej Radzie Sądownictwa i demokracji

Dodano: 
Krajowa Rada Sądownictwa
Krajowa Rada Sądownictwa Źródło: PAP / Leszek Szymański
Każdy, kto uważa, że sędziów da się zupełnie odciąć od polityki, jest prawniczym kretynem. Niestety, takich, jak i innych kretynów w Polsce dostatek.

Znajdziemy ich na każdym poziomie funkcjonowania państwa. I na poczcie, i w sądach, jak również w rządzie i w obu izbach parlamentu. Nic dziwnego, że wszystko w kraju się wali.

Od poczty do KRS

Dość długo zbierałem się, żeby napisać parę słów o nowelizacji ustawy o KRS, która czeka na ewentualny podpis Prezydenta Nawrockiego. A czas najwyższy. Termin konstytucyjny biegnie, w koalicji rządzącej i wśród sympatyzujących z nią sędziów zaczyna się przebieranie nogami. Trzeba więc im wszystkim uświadomić coś, czego jeszcze nie rozumieją i – poza szeregiem już publicznie przebrzmiałych zarzutów – wskazać jeszcze jeden poważny podwód uzasadniający prezydenckie weto – demokrację.

Wywód swój dzisiejszy zacznę jednak od wątku dotyczącego Poczty Polskiej i przeprosin za (miejscami) zbytnią dosadność wypowiedzi. Po prostu odreagowuję idiotyzmy życia codziennego. Otóż wybrałem się na pocztę odebrać list polecony adresowany do żony. Już sama konieczność spaceru w ten zimowy poranek wzbudziła moje emocje, bo listonosz zamiast doręczyć list, wrzucił do skrzynki awizo. Więcej, awizo było datowane na dzień, kiedy cały czas przebywałem w domu. Dzwonek jest sprawny. Prawdopodobnie listonosz zabawił się ze mną w Indian. Nie chciało mu się nosić listów, to wrzucał awiza do skrzynek na listy.

A kiedy dotarłem do urzędu pocztowego, zaczął się cyrk. Nie mogłem odebrać korespondencji, bo nie mam pełnomocnictwa. I nie chodzi o pełnomocnictwo notarialne. Akurat to, wiedziony zawodową przezornością, posiadałem. Korespondencja była przez pocztę (niesłusznie) zakwalifikowana jako „sądowa”, a ja nie miałem „pełnomocnictwa pocztowego”. Notarialne pracownica uznała za niewystarczające, bo w ustawie Prawo Pocztowe znajduje się art. 38, który mówi, że operator pocztowy może przyjąć od adresata oświadczenie o udzieleniu pełnomocnictwa do odbioru korespondencji innej osobie (pełnomocnictwo pocztowe). I Poczta Polska uważa, że taki zapis wyłącza możliwość posługiwania się inną formą pełnomocnictwa niż to pocztowe. Tymczasem w domu odebrałbym to bez pełnomocnictwa, na podstawie tego samego dokumentu tożamości i podpisu. Czy tam ktoś jeszcze myśli?

Wróciłem więc mrucząc pod nosem nt. pocztowców słowa uznane powszechnie za obelżywe. I tak naładowany zasiadłem do komputera, by napisać parę słów o KRS, sędziach i legitymizacji władzy sądowniczej. A emocje same wychodziły mi spod palców. Tym bardziej, że przeglądarka „na dzień dobry” podrzuciła mi wywody jakiegoś dziennikarzyny. Z nich dowiedziałem się, że skoro dzięki nowelizacji ustawy, sędziów-członków KRS nie będzie już wybierał Sejm, to w ten sposób organ zostanie „uzdrowiony”, a sądy będą „odpolitycznione”. I to odkrywcze spostrzeżenie autor podparł serią wynurzeń polityków zajmujących wysokie stanowiska rządowe i parlamentarne. A na to wszystko nałożył się apel stowarzyszenia sędziów „Justita” do Prezydenta o podpisanie ustawy nowelizującej KRS. W ten sposób powstała masa krytyczna stanowiąca potencjał dla mojego wniosku, że mamy w Polsce kretynów na każdym poziomie funkcjonowania państwa. Od poczty po Sejm.

Polityka legitymizuje

Wprawdzie dosadny komentarz nt. rządowego pomysłu na KRS nie pomoże mi na poczcie, ale przynajmniej w ten sposób ujdą ze mnie złe emocjom. Zdrowiej będzie. A przy okazji może wreszcie do kogoś dotrze, że wpływ polityków na wybór członków KRS, czyli konstytucyjnego organu inicjującego procedurę powołania sędziego, to nie jest żadne upolitycznienie. To się nazywa demokratyczne legitymizowanie. Zjawisko powszechne i konieczne w demokratycznym państwie prawa opartym na trójpodziale władzy.

Już na studiach uczymy, że w demokratycznym państwie każdy segment władzy musi posiadać demokratyczną legitymizację. A kto jej dostarcza? W tradycji kantowskiej, która jest najlepsza w tym akurat kontekście, może być na to pytanie tylko jedna odpowiedź. Punktem wyjścia, nosicielem demokratycznej legitymacji, są jednostki. I to jednostki przekazują ją władzy państwowej. W Polsce taką bezpośrednią legitymację pochodzącą od jednostek mają tylko Prezydent i Sejm. Rząd ma ją, ale już w formule pośredniej, poprzez udział Sejmu i Prezydenta w jego kreacji.

Ale to nie wszystko. Jakoś zapominamy, że taką legitymizację powinni mieć też i członkowie trzeciej władzy – sędziowie. Przecież również oni kształtują prawa i obowiązki jednostek (na swój sposób), a nawet wpływają na ich wolność.

W Polsce nie ma wyborów bezpośrednich sędziów. A tylko to byłoby alternatywą lepszą od parlamentarnego kształtowania organu, który wybiera i przedstawia Prezydentowi kandydatury osób do powołania na stanowisko sędziego. Sama wyborcza legitymizacja Prezydenta nie wystarczy, bo nie ma on pełnej swobody kreacji. Musi wybierać wyłącznie spośród przedstawionych przez KRS kandydatów. Ta prezydencka legitymizacja uzasadnia w pełni tylko prawo Prezydenta do odmowy powołania, czyli przypisaną tej kompetencji formułę konstytucyjnej prerogatywy. Prezydent może powołać tylko spośród przekazanych mu kandydatur, ale każdej z nich może odmówić powołania. Nie jest bowiem notariuszem. On aktem powołania wyposaża osobę wskazaną przez KRS w sędziowskie imperium w imieniu Narodu.

Powołany sędzia musi mieć legitymizację od samego początku. Od momentu wskazania jego kandydatury. Dlatego pomysł samokreacji, czyli wybieranie sędziów-członków KRS przez środowisko sędziów z demokracją nie ma nic wspólnego. Bo trzecia władza w ten sposób już na pierwszym etapie poziomu kreacyjnego odłączyłaby się od polityki, czyli od najważniejszego mechanizmu legitymacji demokratycznej.

Dyskrecjonalność a legitymizacja

Sędzia potrzebuje legitymizacji. I to tym bardziej, im większa jest jego swoboda orzecznicza. Przecież dziś sędzia nie działa w ramach tradycyjnej kognitywnej koncepcji, jaką przypisuje się słynnej formule Monteskiusza „bouche de la loi”. On jest w Polsce jedynie „podległy Konstytucji i ustawie”. A jak luźna to formuła związania, wszyscy widzimy na co dzień. Szczególnie w kretyńskim orzecznictwie paru „geniuszów” z Sądu Najwyższego. Tych, co to orzeczniczo wykonują wyroki trybunałów międzynarodowych i stosują bezpośrednio, wbrew konstytucyjnym warunkom, ratyfikowane umowy międzynarodowe. Dlatego im większy zakres sędziowskiej dyskrecjonalności, oj przepraszam, swobody orzeczniczej sędziego, tym większa konieczność posiadania legitymizacji.

Sędzia potrzebuje też legitymizacji, bo w państwie prawa Konstytucja nakazuje by aparat przymusu niejako bezpośrednio wykonywał orzeczenia sądów. I tak jest i w Polsce. Wyroki sądów są skuteczne bezpośrednio i obwarowane przymusem.

I od razu w tym miejscu zastrzegę, że taki bezpośredni skutek co do zasady nie dotyczy wyroków trybunałów międzynarodowych. Nie tylko z tego powodu, że nie są to wyroki sądowe, bo trybunały międzynarodowe nie są częścią naszego wymiaru sprawiedliwości, ani (szerzej) polskiej władzy sądowniczej. O tym już kilka razy pisałem, więc nie będę się powtarzał. Podkreślę jednak dodatkowy aspekt. Otóż wyroki trybunałów międzynarodowych nie wchodzą bezpośrednio do krajowego obrotu prawnego także właśnie dlatego, że wydający je międzynarodowi sędziowie nie są legitymizowani demokratycznie. Stąd dla wykonania takich wyroków konieczny jest w demokratycznym państwie prawa legitymizowany pośrednik. I z tym brakiem legitymizacji sędziów międzynarodowych trybunałów, państwowe organy radzą sobie w ten sposób, że to one kształtują ostatecznie skutki międzynarodowych orzeczeń w wewnętrznym obszarze prawnym. Tą drogą dopasowują je do ram konstytucyjnych. Parlamenty przekładają je na prawo pisane, a trybunały konstytucyjne oceniają dopuszczalność wprowadzania tych wyroków do systemu krajowego z perspektywy Konstytucji. A sądy krajowe, obsadzone sędziami z demokratyczną legitymacją, mogą ich używać w indywidualnych sprawach, w taki sposób i w takim zakresie na jak pozwala im na to krajowe ustawodawstwo.

I tyle tego wątku. Choć odbiegam nim od głównej linii mojego wywodu, to muszę go poruszyć. Czuję wewnętrzną presję, bo męczą mnie te kretynizmy o dogmatycznym sensie wyroków TSUE, wypływające z okolic Alei Ujazdowskich.

Podział czyli połączenie

Wreszcie sędziowska potrzeba posiadania demokratycznej legitymizacji wynika także z pytania o cel legitymizacji jako takiej. Wyjaśnię to również zadając pytanie. A w czyim imieniu wydawane są wyroki? Konstytucja RP odpowiada nam wprost. Sądy wydają wyroki w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej (art. 174). Dlatego sędzia nie może być legitymizowany przez Justitię czy inne sędziowskie stowarzyszenie, ani nawet przez wszystkich sędziów w Polsce. On musi mieć umocowanie swego władztwa w społeczeństwie polskim, w jednostkach, w obywatelach. A w obecnym stanie prawnym może je uzyskać tylko za pośrednictwem Sejmu i Prezydenta.

I znów spieszę co większym kretynom wyjaśnić, że choć głównym założeniem współczesnej myśli konstytucyjnej jest fenomen podziału władz, odzwierciedlony w art. 10 ust. 1 Konstytucji RP, a polityczne stanowienie prawa i sądowe rozstrzyganie sporów są różnymi, oddzielnymi obszarami działania, to władze te – mimo, że są autonomiczne – jednocześnie ściśle na siebie oddziałują. Inaczej mówiąc, podział władz oznacza nie tylko ich rozdział, ale też równoczesne połączenie. A także ustabilizowanie tego pozornie sprzecznego fenomenu w instytucjach prawnych. W teorii prawa konstytucyjnego dominujące założenie z obszaru nauki o podziale władzy ujmuje legitymację każdej z tych odrębnych władz z perspektywy ich przeplatania się. Dlatego dla dwóch rodzajów władz, czyli rządu i sędziów, tak ważne jest otrzymanie legitymacji od demokratycznego organu reprezentującego naród. I w Polsce obie zdobędą ją tylko poprzez udział Sejmu i Prezydenta w ich kreacji. Stąd dla sędziów oznacza to konieczność związku z polityką. Nie da się sędziów odciąć od polityki na etapie kreacji. Do kosza można wyrzucić te wszystkie kretyńskie wywody nt. apolitycznego procesu wyłaniania sędziów.

Oczywiście tzw. apolityczność sędziów i sądów, a więc wymogi niezawisłości, niezależności i procesowej bezstronności są ważne. I należy dążyć do ich prawnopolitycznej realizacji. Nie są one jednak odpowiedzią na pytanie o demokratyczny potencjał sędziów, czyli o ich legitymizację. Owszem, powinny być uruchamiane i przestrzegane, ale dopiero po uzyskaniu przez sędziego powołania. Podkreślę, demokratycznie legitymizowanego powołania.

I jeszcze jedno. Ta perspektywa, którą tu omawiam, zmienia nam ogólną optykę spojrzenia na spór o sądownictwo w Polsce. Wychodzi na to, że wszyscy sędziowie powołani przed 2018 r. mają słabszą legitymizację demokratyczną, niż ci, powołani w ostatnich ośmiu latach, kiedy sędziowską część KRS kształtował Sejm, nazywani chamsko neosędziami. Powstaje więc duża wątpliwość, czy ci starsi stażem sędziowie mają w ogóle prawo wydawać wyroki w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej? Czy co do zasady mogą zostać członkami KRS, szczególnie bez Sejmu? Przecież nie posiadając wystarczającej legitymizacji demokratycznej, nie będą mogli jej przekazać kandydatom na sędziów, których wyłonią i wskażą Prezydentowi.

Z powyższego wywodu wnioski są dwa:

po pierwsze, właśnie z tych powodów nowelizację ustawy o KRS, która stanowi pierwszy krok do samokreacji władzy sądowniczej, a więc osłabienia legitymizacji sędziów i wyrwania sądownictwa z ram demokracji, Prezydent powinien zawetować;

po drugie, Sejm zamiast za psucie KRS niech się weźmie za nowelizację ustawy Prawo pocztowe, bo już zdążyłem się zorientować, że mój problem nie jest jednostkowy. A ten cyrk na poczcie to przecież efekt pracy Platformy (dziś Koalicji) Obywatelskiej i PSL, bo obowiązującą ustawę Prawo pocztowe przyjęto w 2012 r.

Źródło: mariuszmuszynski.pl
Czytaj także