RYSZARD GROMADZKI: Pana nowa książka „Polskie biesy” dotyczy XVIII stulecia. Czy jest to studium zdrady, kolaboracji i zaprzaństwa, z czym zawsze kojarzy się XVIII w., czas upadku I Rzeczypospolitej, czy raczej do jej właściwego odczytania należy użyć innego, metafizycznego klucza?
GRZEGORZ BRAUN: To będzie pierwsza pozycja z cyklu zakrojonego na kilka następnych. Ta pierwsza część ma podtytuł „Wrogie przejęcie i zbrodnie założycielskie”. Jest tam mowa, ma się rozumieć, o tym wszystkim, o czym wie, „każdy Polak mały” od przedszkola patriotycznego, oczywiście także o tym, o czym pan wspomniał, czyli o zdradzie i kolaboracji, ale przede wszystkim jest tam mowa o prowokacji. Książka traktuje o tych samych zdarzeniach, które tak dobrze znamy. Każdemu Polakowi w sercu i pamięci jakoś utkwiła epoka rozbiorów, ostatnie sejmy, 3 Maja, kościuszkowskie Racławice no i Finis Poloniae. Wszyscy mamy wdrukowaną matrycę, pewien schemat tego rozdziału polskiej historii, panopticum postaci z tamtej epoki z twórcami Konstytucji 3 maja, Tadeuszem Kościuszką z bardzo dużym i jednoznacznym plusem i Stanisławem Augustem, z równie wielkim i równie jednoznacznym minusem, na doczepkę z targowiczanami, którymi zwłaszcza w ostatnich latach załatwia się większość debaty politycznej. Załatwia się odmownie jakąkolwiek propozycję, bardziej rozumowego niż emocjonalnego odnajdywania się w świecie współczesnej polityki i historii. Ta książka jest gawędą rozpisaną na głosy, co nie jest może jej zaletą, ale konsekwencją pewnej konieczności. To znaczy ogólnego „natłoku nawału”, w którym ta książka powstała.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Do Rzeczy.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
